Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks
  • Na co komu Walentynki?

    https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgZ8_HCZaJs_vHRni9v7UpPmqSWVGgLVNE1JMMUJyc3bn9Ok0j1S8NviTYBDcg3ut3Ng6TRlRyASk3VtoCXTD84fqOyodUQsBscaj7RMdHMej2hLfumJTL07kEkbt7zydUlxtlbaFja7hmc/s1600/Walentynki.jpg

    Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co?

  • Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.

    https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEjv6XiBKrjDZL18gaHUh0PbU63AExFnk-qbuTpODc50leVxnG2WxJCIfPQ9-Bv4Ahn2OLltFgJA6pLjiEU0yTK6dcHquCAF7UJMaSXwqq76UcBbAZSowBCDbYx0VNKT1IgBU-0K8wvXjk3m/s1600/blue_monday.jpg

    Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka.

  • Sposób na brak wolnego czasu.

    https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgnb4ki9YsM5ogDjUd4A__5oeaoQMCzlwHR54d-bdeQL5JvpAzo8FfYb6TruvhPKfSW3eltWgfH4IUreqE5QN5mnIh7JEy2RqKhr7PeHNzXpBhDHBKCxQCMSMrCG5s4hHutdUeXBDXOJBoH/s1600/sposob_na_brak_wolnego_czasu.jpg

    "Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

  • Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)

    https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEihRqYGobsASqJpKsRLravUo-eVftzV7E9aT7j9cEDHHaOA7mtSaP5sEFZWhONnNh4mhIv566L34DKNKapjj-7xzHiyftsFEJ8RwVOrzqnFMeGq6fmbMHunm40r5Jx7nOsgtIrd9Gz_RF2D/s1600/typy_klientow.jpg

    Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju.

  • Liebster Blog Award czyli krótkie Q&A

    https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEiHpeGLWmfg_tyYtTn13BphVnniZEpmgBj359McN-_FmOyRg6KO4To9Oh6p9l7xtR8Bx3lf7_yAz3Pls6vVscMoGHNEXyxx95rZchz5SW8piM61gRafic9GZZmbgaHD0hgwKQpXUwX5lUkK/s1600/liebster.jpg

    Weronika nominowała mój blog do odpowiedzi na Liebster Blog Award. Jest to cykl w którym blogerzy nominują 11 blogów do odpowiadania na 11 pytań w dowód uznania ich pracy.

wtorek, 15 marca 2016

Biegania ciąg dalszy. Wrzucam drugi bieg.



Pisząc ten tekst wyglądam na swój sposób dziwacznie. Dziwacznie jak na faceta, bo facet w leginsach i obcisłej bluzie zawsze wygląda dziwacznie, a przynajmniej tak się utarło. Całe szczęście, że podczas biegania tak o tym nie myślę. Tak, wróciłem do biegania. Kiedyś już pisałem o bieganiu, wtedy był taki czysty falstart. Bo niby wystartowałem, cieszyło mnie to, ale mobilizacja była dość krótka. Teraz czuję, że może się skończyć miłością życia. Albo chociaż kilku sezonów.

Na mój poprzedni tekst o bieganiu mogliście natrafić tutaj, był dość mocno komentowany, w odróżnieniu od ostatnich tekstów. I tak was lubię, pomimo braku komentarzy, bo statystyka mi mówi, że wpada was tu sporo. Co do pierwszych biegów po przerwie to mam takie wrażenie, jak Kominek, a raczej Jason Hunt jak zaczynał biegać. Co prawda moment w którym padałem na ryj po przebiegnięciu 300 metrów mam już za sobą, co nie zmienia faktu, że dookoła mnie są niemal same górki, więc gdzie bym nie pobiegł to jest więcej podbiegów, niż rzeczywistego biegania.


Kilka dni temu wybrałem się wraz z koleżanką, aby wybrać jakieś ubrania do biegania. Trochę mnie znacie i pewnie wiecie, że bez dodatkowej motywacji nie mógłbym zacząć biegać. Poza tym biegając w starych dresach dziwnie się czułem. Kupiłem więc leginsy, bluzę, koszulkę oraz opaskę, dzięki którym mam autentyczną ochotę na bieganie nawet po pracy. W sumie to mam też ochotę na bieganie przed, ale zwykle odmawiam sobie tej przyjemności pamiętając w jakim stanie czasami z biegania wracam. Uznałem, że lubię biegać wieczorem. Wiecie, całkowita pustka na trasie, szum zasypiającego miasta w uszach i masa przemyśleń. Ja i trasa. Trasa i ja. Mogę wszystko. Nie muszę nic. Nie mam założeń, planów. Nic ponad siły. Gdy chcę - biegnę, gdy uznam, że na dziś wystarczy te 30 minut, to kończę po nich. Jeśli w połowie uznam, że spacer w drodze powrotnej będzie miłym doświadczeniem, to tak też robię.

Bieganie przez to wydaje mi się takim sympatycznym sportem. Bez zbędnej presji, narzucania reguł. Wiadomo, na poziomie półmaratonów czy maratonów dochodzi jakaś rywalizacja. Natomiast jest to bardziej rywalizacja z samym sobą, niż z przeciwnikami. Jeśli mocno się przygotujesz to nic nie stanie Ci na drodze. Fajna perspektywa. Niby zawsze lubiłem sporty drużynowe. Piłka nożna sprawiała mi autentyczną przyjemność. Nawet siatkówka, która niby mnie specjalnie nie pociągała, ale uprawiana kilka lat mogła cieszyć. Patrząc jednak wstecz najbardziej realizowałem się w tenisie stołowym. Wszystkie wyniki były wytyczną potu, który wylałem wcześniej na treningach. Wydaje mi się, że tak samo jest z bieganiem. Ile dam z siebie, tyle bieganie da mnie. A co potem? Czas pokaże.


Tak, biegam bo to modne. Nie lubię udowadniania komuś, że nie jestem wielbłądem. Wydaje mi się, że taka postawa jest dość oczywista. Gdyby w Polsce nastał boom na bierki to zabrakłoby ich na półkach. Ciężko interesować się czymś o czym się nie słyszało, a że ciężko nie trafić na temat o bieganiu, toteż zainteresowałem się tym jakieś pół roku temu. Nie wiem czy mam ku temu predyspozycje i czy skończy się na czymś więcej, niż godzinnych truchtach dookoła Straconki. Dla mnie to póki co bez znaczenia. Czas pokaże.

W bieganiu podoba mi się też brak ograniczeń. Nie trzeba rezerwować hali, nie trzeba zbierać nie wiadomo jakiej liczby osób. Jeśli się nie chce to można nawet wziąć stare buty, naciągnięte przez siedzenie przed telewizorem dresy i po prostu wyjść z domu. Na ile? Na dokładnie tyle, ile chcemy. Aktualnie nie mam norm. Żadnych. Czytałem kilka poradników, zalecały jednego dnia biec 20 minut, innego 30, po pół roku godzinę. Bezsensu. Dziś padało, więc biegałem 30 minut. Ostatnio było, jak na zimę, ładnie, więc biegłem ponad godzinę. Część biegłem, część truchtałem, a momentami szukałem lepszego kawałka na mp3ce. Czas nie jest ważny, odległość nie jest ważna. Liczy się tylko przyjemność.





niedziela, 28 lutego 2016

Warsaw Shore 5! Alanik nigdy nie traci formy?




Czy Warsaw Shore straci na oglądalności przez brak Alana Kwiecińskiego? Czy odejście kolejnego z liderów grupy odbije się na tym co będzie działo się w programie? Kto teraz będzie samcem alfa?

28 luty. Jednak z Anią dużą, która początkowo miała zrezygnować z udziału w programie przez swą miłość - każdy chyba pamięta jej tekst wejściowy z pierwszego sezonu Męża szukam, miłości szukam. Z udziału z programu zrezygnował jednak Alan Kwieciński. Alanik "nigdy nie traci formy" zdecydował, że sporty walki kręcą go bardziej niż imprezowanie i wrócił do treningów. Ciężko powiedzieć co miało decydujący wpływ na decyzję, bo w Summer Campie nie dogadywał się z ekipą, miał problemy emocjonalne i rozpierała go energia. Problem w tym, że Polska edycja przeżywa kryzys. Najpierw odeszła Elizka, najbardziej charakterystyczna z dziewczyn o którą walczył Trybson i Paweł. Paweł Trybała wygrał i ikona tego programu, autor kultowego hasła "Krzycz Trybson" i postać bez której Warsaw Shore byłoby tak ciekawe jak Klan odszedł razem z Elizką. W międzyczasie odchodzili inni. Śmietana był jaki był, ale wnosił do każdego odcinka chociaż trochę siebie. Nie lubiłem za to Ptysia, który pojawił się w drugiej serii, kompletnie nic nie robił poza leżeniem na kanapie, a znalazł się znów w programie. Niby coś teraz działa, ale pewnie gdyby nie było w programie Klaudii to jego postać byłaby barwna jak w sezonie drugim, czyli niestety w ogóle.

Do 5 sezonu wraca Ewelina. Była Pawła wróciła już wprawdzie w "Oglądaj z dziewczynami", ale obecnie wraca na stałe do sezonu. Jestem trochę ciekaw jej zachowania, bo tak naprawdę nigdy nie robiła nic poza polowaniem na Pawła. Od pierwszego dnia zadebiutowała w bzykalni i na stałe próbowała usidlić największego ogiera programu. Obecnie będzie musiała mieć jakiś pomysł na swój udział w programie.



Niespodzianką będzie debiut braci. Paweł i Piotrek Klukowie mogą mocno zaskoczyć. Publika WS przyjęła ich raczej chłodno, ale może od początku ciekawie zadebiutują? Widziałem kilka fotek z Damianem i liczę, że będą solidnym wsparciem dla Świeżego. Tak na prawdę Świeży mimo podzielonych opinii o nim ciągnie oglądalność i cały program w górę. Kiedyś takim kimś był Paweł Cattaneo, ale jak wiadomo - żyjąca legenda nie trwa wiecznie. Nie zastosował się do zasady, o której sam mówił w pierwszym sezonie. Gdzie się mieszka i pracuje tam sie ch%^$# nie wojuje.

Polskiej wersji brakuje niestety sporo do Ekipy z Newcastle, nie wspominając już o kultowej serii z New Jersey. Chociaż mówiąc szczerze Polska nie jest krajem w którym taki reality show mógłby się sprawdzić. Tu do dziś mówi się o "skandalu" w Big Brotherze z udziałem Frytki i Kena. Tu liczba partnerów seksualnych na całe życie to 3. Amerykanie mają dwa razy tyle, a to i tak pewnie statystyki bardziej z małych miasteczek, niż Kalifornii czy New Jersey. My mamy zamiast tego walkę o "gdzie jest krzyż" i wieczne oburzenie na to ile w programie strasznych rzeczy się dzieje, podczas gdy pokazuje w sumie... normalne życie, normalnych ludzi na imprezie.

Ja w sumie nie mógłbym nie oglądać, bo od czasów Big brotherów tego typu programy towarzyszą mi stale. Ciekaw jestem zachowań uczestników, ale jeszcze bardziej opinii ludzi oglądających. A chyba jeszcze bardziej nie oglądających. Oglądacie?

środa, 24 lutego 2016

Typowy sprzedawca, ekspedient, kelner :/


Dawno nie hejtowałem. I może to nie taki klasyczny hejt, ale pewnie też nieraz trafiacie na taką sytuację i nóż sam się w kieszeni otwiera, a jednak nie robicie nic. A może jesteście jak ja?

Jestem typem roszczeniowca. Człowieka, który zawsze walczy o swoje. Nie tak, jak te komisje na siłę próbujące dojść do "prawdy". O Bolku, samolocie, czymkolwiek. Chodzi mi raczej o ten typ roszczenia, że jeśli jestem do czegoś przekonany czy wręcz pewny to lubię to zaznaczyć nie tylko w wypowiedzi, ale i w zachowaniu. Nie zrozumcie mnie źle. Miewam stany, gdy jest mi wszystko obojętne, bo np jest mi na tyle w danej sytuacji dobrze, że czy wieczór potoczy się w jedną czy drugą stronę to i tak będę zadowolony. Jednak gdy toczy się nie po mojej myśli to na reakcję nie trzeba długo czekać.

Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy nie potrafią się odezwać, gdy komuś coś nie pasuje. To przez nich ten tekst i przez nich ten problem, bo nigdy nie potrafiłem przyklasnąć ludziom siedzącym cicho. Na przykładzie związku wolę zwykle zwrócić uwagę na byle głupotę, niż potem irytować się za każdym razem. Wiecie - nieopuszczona deska wkurza kobiety zawsze. Dzień, miesiąc, rok i najbliższe 50 lat. A wystarczyłoby, aby kobieta po prostu powiedziała, że prosi żeby ją opuszczać, normalny facet zrozumie. Problem rozwiązany, mniej nerwów i rozczarowań. Ale nie o tym dziś chciałem, chociaż bezpośrednio ruszyłem typ ludzi, przez których dany problem się pojawia.


Lubię zakupy. Jestem niestandardowym typem faceta, który miewał wręcz za dużo koleżanek, bo autentycznie lubię przejść się po galerii i obejrzeć nowe buty w 20 sklepach czy poszukać zwykłego t-shirta na dziś w trzech galeriach. Skoro mam chwilę wolnego i żadnych planów to dlaczego nie. Nie rozumiem tylko jednego... większość sieci jest z pozoru nastawionych na klientów, a tak naprawdę traktują ich jak niedorajdy. O ile lubię rzucone "Dzień dobry", gdy wchodzę, bo to takie sympatyczne przejawienie faktu, że ktoś zauważył, że potencjalnie chciałbym u nich zostawić wypłatę, o ile już pytanie "W czym mogę pomóc" zawsze mnie irytuje. Dlaczego? Ano dlatego, że pomóc mogę sam sobie. Jak już znajdę to, co chcę kupić to najzwyczajniej w świecie właśnie to wezmę. Rozumiem, że bywają typy klientów, którzy to wchodzą do sklepu i proszą o białe polo w rozmiarze S. Nigdy tak nie miałem, więc o ile dam radę odnaleźć moją rozmiarówkę to z zakupami poradzę sobie sam.

A jeśli sobie nie poradzę to... podejdę i zagadam. Wiem, że dla niektórych facetów podejście do ekspedientki może być równie trudne, jak zagadanie do potencjalnie nowo poznanej kobiety na przystanku, jednak większość ludzi nie ma z tym problemu. Jeśli więc miałbym kłopot ze znalezieniem rozmiarówki to podszedłbym i zapytał o sprawdzenie w komputerze, magazynie, gdziekolwiek.

To samo ze sprzedawcami w sklepach w których pracuje. Jest taki standard, który jednak nie do końca według mnie spełnia wymogi jakiegokolwiek klienta. Znaczy wyobrażam sobie gościa, który chce kupić telewizor, ale na myśl, że ma wejść do sklepu i zapytać sprzedawcę (albo na Boga - sprzedawczynię!) o cokolwiek, rezygnuje z zakupów albo robi je przez internet. Większość klientów w przypadku zagubienia się w temacie zapyta o punkty naprowadzenia.


Jeszcze gorzej jest w restauracjach. Tam jako wyraz troski zdarza się najczęściej "Czy niczego Państwu nie brakuje" lub też "Czy życzą sobie Państwo jeszcze czegoś?". Rozumiem, że będąc w restauracji o wyższym poziomie niż okoliczny bar sałatkowy dostajemy też w ramach wyższej ceny kelnera prowadzącego. Kelner taki musi być miły, chodzi po nasze zamówienia, a na koniec dostaje od nas napiwek. Jedyne czego nie lubię, to właśnie tych pytań. Zamawia sobie człowiek posiłek, prosi aby po 20 minutach od posiłku wjechał deser, a wraz z nim przykładowe piwo. Kelner może zrozumieć, że organizacyjnie nie przeskoczy niczego. Po 30 minutach przychodzi i pyta czy czegoś mi nie trzeba. Zwykle przerywając mi w jakiejś rozmowie czy pracy na laptopie. Gdybym potrzebował pomocy, to naprawdę bym o nią zapytał. Zwłaszcza jeśli widzę kelnera średnio co kilka minut, bo obsługuje też inne stoliki.

Rozumiem, że to wszystko standardy. Standardy do których wykonywania są zmuszani ludzie, którzy normalnie by czegoś takiego nie robili, ale standardy powinny być ustalane pod klienta. Koło powinno się zapętlać. A nie zapętla się.



 PS. Tekst miał ukazać się w poniedziałek, ale przez powrót śniegu, zimna i ciemności czuję się mniej więcej jak ten psiak z góry. ;)


niedziela, 14 lutego 2016

Na co komu Walentynki?



Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co? Aby jeden z 365 dni uczynić lepszym. Dlaczego? Po co? Lecimy.

Walentynki obchodzono niemal od średniowiecza, ale historii może wam oszczędzę, gdyż historia kupidyna jest tak zawiła, że w zasadzie nie wiadomo kto jest odpowiedzialny za ten serduszkowy zawrót głowy. Na pewno związane jest to z Włochami, a do nas przywędrowało jak tanie samochody i odzież - z Niemiec. Jako Słowianie też mamy własne święto, które jednak jest nieco zapominane, ale o tym innym razem.

Na tekst pomimo braku snu w ostatnim czasie, zdecydowałem się temu, bo uznałem, że szopka Walentynkowa trwa stosunkowo zbyt długo. Miliardy osób święto hejtuje, ale jednak i tak je spędza, bo w zasadzie myśli, że "ta druga" osoba oczekuje czegoś tego dnia. Kiedyś przejmowałem się takimi oczekiwaniami, obecnie uznaję, że to dzień zupełnie taki sam, jak pozostałe dni w roku.

Bawi mnie fakt, że typowy Janusz 14 lutego zdejmuje koszulkę "żonobijkę", udając się po jakieś Tofifi czy inne Rafaello, zależnie od tego które były tego dnia na promocji w pobliskim Monopolu. Promocja ma tu kluczowe znaczenie, bo przecież musi starczyć na "Żytnią" co by wieczór był bardziej romantyczny. Grażyna za to w końcu znalazła Apap! Pomimo braku seksu od tygodni (albo i miesięcy) w końcu na dziś będzie gotowa. Zero bólu głowy, w końcu Janusz kupił czekoladki. Pamiętał o święcie. Nie żeby telewizja, radio, internet, a nawet reklama chwilówek przypominała mu o tym średnio co pół godziny. Szkoda, że środki masowego przekazu nie przypominają o rocznicy, no ale od czegoś jest przypomnienie w telefonie. Może Janusz w końcu nauczy się z niego korzystać. I idąc tą historią - kicz dopełnią świeczki, takie małe, których zawsze Grażyna używa żeby zabić zapach z papierosów. Dziś natomiast staną w lepszym miejscu. Na piedestale, zaraz koło ekskluzywnych literatek na wódkę. Upojny wieczór, zakończony nad ranem. A rano? W końcu 15ty... można wrócić do awantury do śniadania.

Rok ma nieco więcej dni, niż jeden. Jeśli kogoś lubisz, lubisz bardziej, a może i kochasz, to okazuj to każdego dnia. Każdy dzień może być okazją żeby dać kwiatki, czekoladki, wziąć na spacer, kino, kolację, cokolwiek. Zamiast tego mamy w Walentynki wysyp Januszy, atakujących wszelkie możliwe miejsca od tych typowo wykwintnych do typowych spelun, bo nigdzie indziej już miejsca nie było. Raz zdecydowałem się dołączyć do tego "magicznego" grona. Najlepsza pizzeria w mieście. 2 godziny czekania na posiłek umilony gwarem jak na dworcu pkp zaraz przed odjazdem pociągu jadącego przez pół Polski. Wspominam dramatycznie. Nie powtórzyłbym nawet w momencie, gdybym dostał za darmo najlepszy stolik i open bar.


Dziś sprawdzaliśmy repertuar bielskich kin. O strategicznej 18,30 zajęte wszędzie. Wszystko. Dobra pora, w sam raz na jakiś kebab po kinie. My ekipą lecimy na Deadpoola. A święto zrobimy sobie kiedy nam się zachce.

środa, 10 lutego 2016

Ile trzeba spać? Jak? I z kim.



Temat taki, który już dawno chciałem poruszyć, a który powoduje niejednokrotnie u mnie palpitacje serca i skrajne emocje. Pytanie z tematu postawiłem i jest jakie jest, jednak bardziej zależy mi na zdefiniowaniu tego... w jakich porach spać. Wiele osób zarzuca mi, że śpię długo, ale zwyczajnie śpię w innych przedziałach godzinowych. Ostatnio pewien naukowiec, Paul Kelley doszedł do dość optymistycznie nastawiających mnie faktów. Dzieci nie powinny wstawać przed 8,30, nastolatki o 10, a 20+ o... 11. Wcześniej mózg człowieka nie funkcjonuje tak dobrze, jak mógłby w późniejszych porach.

Piszę o tym dlatego, bo zawsze czułem, że coś jest nie tak. W podstawówce większość zajęć zaczynała się o 7 i pamiętam, że zawsze miałem problemy z przedmiotami zaczynającymi się o tej porze. W gimbazie miałem kosmiczny problem z biologią, którą mieliśmy o 8mej, jednak prawdziwy problem pojawił się na studiach. Bezproblemowo roznosiłem wszystkie kolokwia czy egzaminy, które ktoś rozpisał na 12 czy 15tą, ale raz wyłożyłem się na wręcz niemożliwie prostym egzaminie z którego po wyjściu powiedziałem "tego się nie dało nie zdać" co stało się dość kultowym tekstem, bo...nie zdałem. Egzamin był o 8 i po wstaniu o 6 celem przypomnienia sobie jeszcze kilku ważniejszych zagadnień podczas egzaminu czułem się jakby nieobecny. 


Aż przypomniał mi się ten tekst piosenki Chojnackiego i Piaska. Budzikom śmierć było dość dobrze znanym hitem, część z was wtedy chodziła z drabiną na truskawki, ale część będzie kawałek znać. Jest tam fajny fragment "telefon dzwoni, a może go zjeść" co dość mocno oddaje moje emocje rano. Do tego stopnia, że codziennie przed położeniem się wyłączam wszelkie dźwięki w moim telefonie. Daje to swego rodzaju komfort - kompletnie nikt mnie nie obudzi. No może poza sąsiadem z wiertarą, bo bloki mają to do siebie, że cisza mocna jest ustawiona jeszcze "komunistycznie". Zwykle 22-6 gwarantuje sen, bo zarządzający spółdzielnią mieszkaniową nie doszli chyba jeszcze do tego, że obecnie dość mało osób pracuje 6-14 i zwykle cisza nocna jest tematem bardziej do dogadania, niż realnym ustanowieniem ciszy.

Oczywiście nie ukrywam, że wywód to opinia bardziej moja, no i tego doktora, aczkolwiek ilu doktorów tyle teorii, więc nie przywiązywałbym do tego większej wagi. Ja natomiast rzadko budzę się przed 10 co rozumie tylko co któraś napotkana osoba. Większość wstaje z kurami, jeszcze przed wschodem słońca, ale jak to ktoś powiedział...


Ano właśnie. A dobry humor to dla mnie wyspanie i optymistyczne nastawienie, którego jak każdy wie nie można mi zabrać. Pozostała jeszcze kwestia długości snu. Tu temat jest jeszcze bardziej dyskusyjny, bo o ile najmłodszy Polak - Krzysztof Ibisz stwierdził, że 8 godzin jest niezbędnym minimum aby wyglądać młodo, to ja w zasadzie śpię około 7, a wyglądam na znacznie mniej, niż mam. Jacyś naukowcy (czytałem o tym kiedyś) doszli do wniosku, że jest to uzależnione od konkretnej osoby i można sen ograniczyć nawet do 6 godzin. Ja po 6 czuję się źle i staram się spać minimum 7, a jeśli mogę 8, ale zwykle kończy się to tym, że jeśli pozostało mi wieczorem 8 godzin snu to... odpalam jeden odcinek serialu. Ponoć spanie krótsze, niż 5 godzin i dłuższe niż 9 jest niespecjalnie dobre dla organizmu. Jednak o ile jeszcze jestem w stanie funkcjonować po przespaniu 3-4 godzin po imprezie to... kompletnie zabójcze jest dla mnie spanie 10 godzin. Czasami po prostu zapomnę ustawić budzik na równe 8 godzin i... budzę się np po 12tej. Gwarantuje to trwały ból głowy aż do wieczora i spory problem z koncentracją. Cały dzień spisany na straty, nie polecam. No chyba, że trzeba odespać kilkudniowe braki....




Najważniejsze są natomiast tylko pierwsze trzy godziny snu, więc jeśli macie możliwość spędzenia czasu w łóżku w inny sposób to postawcie na dobry seks kosztem snu. Dobry humor następnego dnia gwarantowany.

sobota, 23 stycznia 2016

Śmierć w dobie społecznościówek


Dziś cięższy temat. W sumie wiele osób podziela moje zdanie w tej materii, ale jednak jest ono na swój sposób kontrowersyjne, przynajmniej jeśli spojrzy się na to co się dzieje gdy... no właśnie. Zacznę od początku.

Skala tego problemu dotknęła mnie w pewnym momencie. Mianowicie, gdy Paul Walker umarł. Wiadomo, seria Szybcy i wściekli miała swoich fanów. Dla większości jednak była zwykłym gniotem o niekoniecznie ładnie stuningowanych samochodach i żadnej fabule. Tzn. niby fabuła była, ale w każdej kontynuacji taka sama. Dobry, zły, pościg, zwycięstwo. Szlak człowieka trafiał. Nie mówię, podobał mi się np Tokio drift, ale sam nie wiem dlaczego. Fanem serii nigdy nie zostałem. Natomiast po śmierci Paula stało się coś... nie do końca logicznego. Albo wręcz logicznego, ale nie do końca rozumianego przez ogół. Najpierw jego nazwisko stało się jednym z częściej googlowanych, bo większość nie wiedziała w ogóle kim jest ten, o którego śmierci mówią wszyscy, a przecież trzeba to wiedzieć (?). Potem powstała cała seria fanpage, miliony lajków na jego koncie, no szopka większa od Bożonarodzeniowej. Kontynuacją musiał być tylko rekord zarobkowy dla ostatniej serii dla Walkera. Na każdym kroku można było natrafić na wieloletniego fana serii Fast and furious. To samo z Rickmanem. Podejrzewam, że "dzięki" niedawnej śmierci Alana ściągnięcia wszystkich części Harrego Pottera osiągnęły zenit. Ja go kojarzę z Love Actually. I to w sumie tyle. Nie wątpię, że dla kogoś mógł być wzorem aktorstwa i zabolała go jego śmierć. Ja zareagowałem krótkim "aha" i zastanowieniem kto zagra Snape'a w kolejnej części, zapominając przy tym, że nakręcono już wszystkie.



Ostatnio to samo z Davidem Bowie. Niby każdemu się wydaje, że on był znany, ale... czy jego muzyki obecnie ktoś z Was słuchał? Jasne. Jestem przekonany, że znajdzie się 5 osób, które napiszą w komentarzu, że słuchała go od 5 lat codziennie. No dobra, nie napiszą, bo ostatnio mało piszecie, ale to nie zmienia faktu... że DZIESIĘĆ minut po śmierci Bowiego jego odsłuchania na Spotify wzrosły o... 2 700%! 4 000 000 odsłon podczas dwóch pierwszych dni od śmierci. Ludzie byli aż takimi fanami, że przypomnieli sobie o jego muzyce dopiero, gdy artysta umarł czy po prostu... każdy chciał wiedzieć o czyjej śmierci w ogóle wszyscy mówią, a najlepiej zabłyszczeć w towarzystwie, że Heroes jest znacznie lepsze od Let's dance. I znów ta sama szopka. Miliony komentarzy mówiących o najsmutniejszym roku w historii, o setkach osób, których już z nami nie ma, no i oczywiście... nie mogłoby się obyć bez pierdyliarda znaczków, bez których David nie mógłby odejść. Mowa oczywiście o [i][i][i]. Jak kiedyś umrę, a ktoś mi to wstawi na tablicę to przyjdę i już nigdy nie zaśnie.


Doszliśmy do czasów, w których wszystko ma odniesienie w social mediach i to jest w pewnym momencie spoko, bo kiedyś żeby wiedzieć cokolwiek, trzeba było się tym w jakiś sposób interesować. Teraz już nie trzeba. Wystarczy po prostu przewijać walla i te informacje same nas znajdą. Problem leży gdzie indziej. Mam bardzo małe pole współczucia. Powiem szczerze, że to mass media oduczyły mnie tego odruchu i przyzwyczaiły do krzywdy innych. Smutno mi, gdy umiera ktoś dookoła mnie. Wiecie, bliższa czy w miarę blisko dalsza rodzina. Jechania na pogrzeby piątej wody po kisielu ludzi nie rozumiałem już nawet, gdy byłem bardzo mały. Zastanawiało mnie nawet kiedyś czemu ludzie chodzą na pogrzeby sąsiadów z którymi nie wymienili ani słowa. To znaczy oczywiście, mam sąsiadów z którymi czasem zamienię kilka zdań i gdyby coś im się nie daj Boże stało to wpadłbym na pogrzeb (gdybym akurat nie był w pracy, a jestem w niej ostatnio niemal stale). Natomiast gdyby to był sąsiad, którego znam z "Dzień dobry" to nie rozumiem nawet skąd potrzeba odprowadzenia go do grobu. Żeby kogoś żegnać, to trzeba czuć potrzebę, jakąś więź, która śmiercią została przerwana. Skoro jej nie czujemy, to po co wybierać się na pogrzeb? Przykład pomógł mi przedstawić dalszą opcję. Czy powinna nas w ogóle obchodzić śmierć kogoś z drugiego końca świata? Tzn. inaczej. Każdego szkoda i co do tego nie mam wątpliwości, ale czy na prawdę ma nam spędzać sen z powiek to, że rozbił się jakiś aktor? Pominę celebrycki świat...



Kiedyś ktoś miał pretensję, że podczas opowiadania o śmierci 20 imigrantów w chłodziarce uznałem, że w sumie niespecjalnie mnie to dotyka, zastanawiając się tylko jednocześnie jakim cudem wszyscy się tam zmieścili. Szkoda ich, ale w żaden sposób nie zmienia to mojego życia. Media przyzwyczaiły nas do tego żebyśmy non stop żyli we współczuciu. Tu autobus z 10 robotnikami, tam 15 osobowa wycieczka szkolna, tam dziecko. Serio? Nie wiem czy tylko mnie to nie interesuje, ale na świecie CODZIENNIE umiera 150 000 osób. A media każą nam interesować się dziesięcioma. I płakać nad ich osobistą tragedią. A jutro znajdą inne dziesięć osób. I znów każą nam płakać. Co roku umiera 59 mln ludzi. Polska ma 38,5 mln ludzi. Co roku umiera 1,5 kraju. A ktoś każe nam się przejmować jednostkami. Śmierć to tragedia osobista. Dla czyjejś żony, męża, rodziców, a ktoś sprowadził to do tragedii ogólnonarodowej. W każdym roku umrze Bowie, w każdym umrze Walker, w każdym umrze Szymborska. Tylko inaczej nazywający się, grający co innego, piszący co innego.

A. Uprzedzając głupie komentarze - wiem, że zdarzą się tacy, którzy czyjąś twórczością żyli od lat. Wiem, że znajdą się tacy, dla których strata ulubionego pisarza czy aktora jest jak śmierć brata. To nie tekst o was. Tekst jest o stadzie baranów, którzy płaczą po śmierci kogoś, kogo nie znali.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.



Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka. Przesilenie, krótkie dni, zimno i wszystko powinno świadczyć o tym, że łóżko to wasz przyjaciel. A przyjaciół nie należy zbywać i zastępować pracą. Tak po prostu. Najgorsze jednak dopiero nadejdzie, bo patrząc wstecz - najgorszym dniem roku przez długi okres czasu był... ostatni poniedziałek stycznia, czyli wypadający tym razem 25. Nosił on dumną nazwę Blue Monday, którą utracił na rzecz dnia dzisiejszego. 


Takie mniej więcej wyliczenie dotyczy Blue Monday. W sumie pogoda może dobijać, bo ja np jestem typowym ciepłolubnym i o ile idealnie czuję się w momentach, w których na termometrze możemy zobaczyć +40, to  najchętniej nie wychodziłbym z domu już przy 10 stopniach, które powodują u mnie minimalną niechęć do opuszczania domu. Nawet bym nie wychodził, gdyby nie to, że nie pracując również źle się czuję, więc najlepiej jechać do pracy i posiedzieć tam trochę czasu zapominając o pogodzie.


Co do długów to zawsze mnie to dziwiło. Nie sądzę, żebym był kiedyś zadłużony. I to nie przez jakieś niewiarygodnie wysokie zarobki, ale przez to, że po prostu logicznie podchodzę do pieniędzy. Mając - kupuję, nie mając - nie kupuję. Dość proste, a większość ludzi tego nie ogarnia.

Czas od Bożego Narodzenia rozumiem tu jako ilość kalorii, których ktoś nie zdążył spalić. Ja zdążyłem. I w sumie jeszcze bym palił, ale coś mnie dziś nerka złapała i zapowiada się kilka dni przerwy. :(


Te trzy ostatnie mają dużo puntów wspólnych. Niedotrzymanie postanowień noworocznych wiąże się zwykle z niskim poziomem motywacji. Ludzie ze słabym charakterem potrzebują jakiegoś terminu. Od 1 stycznia nie palę. Od 1 stycznia idę na siłownie. Nie rozumiem. Nie chcesz palić to nie pal od teraz. Wyrzuć paczkę, nie dopalaj jej, po prostu spróbuj. Nie czekaj na jakiś magiczny, graniczny moment. Niektórzy mają właśnie poczucie konieczności podjęcia działań, ale nie robią nic czekając na ten idealny moment, na dzień który odmieni ich życie. Tyle, że dni to tylko dni. Ktoś je kiedyś nazwał, tak, bądź inaczej, ale to kompletnie nic nie zmienia. 1 stycznia to taki sam dzień jak 19 stycznia. Poniedziałek, jest takim samym dniem jak niedziela. I jeśli chcesz coś zrobić, to po prostu to zrób. Trzymam kciuki!

czwartek, 7 stycznia 2016

Najlepsze seriale 2016 roku ?



W zeszłym roku wrzuciłem wam post o serialach. Nawet go lubię, a że ostatnio dużo chętniej piszę jakieś osobiste wywody to post rozwinę. W końcu miłość do seriali jest dość osobista. W tym roku mam kilka serialowych planów, które chciałbym wam przedstawić. Wiecie, w każdym sektorze trzeba mieć jakieś plany, więc i w tym planuję ruszyć naprzód. Ogólnie to w 2016 planuję zrobić prawko, nauczyć się pływać, zwiedzić jakiś ciekawy kraj i nauczyć się jeździć na nartach/snowboardzie/łyżwach. Znaczy na któryś z nich. No i w grę wchodzi bardziej przyszła zima, tę zostawię sobie na prawko. Chciałbym też obronić magisterkę, ale to niejako pójdzie swoim torem, bo skoro już znajduję więcej czasu na bloga, to na magisterkę też odnajdę. Tyle z planów, ale nie starałbym się ich jakoś weryfikować, bo ich weryfikacja niekoniecznie jest dla mnie ważna. Wyjdzie to wyjdzie, coraz bardziej uczę się żyć na spontanach i dobrze to wychodzi.

Nic nie wiesz, Jonie snow. 

Pisałem w poprzednim poście, że w końcu wezmę się za Grę o tron. Mimo, że tematyka jest taka dość specyficzna (tak, fani gatunku znów mogliby mnie zabić) to jednak polubiłem serial. Na tyle mocno, że czekam, czekam i nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. Opowieści z rodu Starków są o tyle fajne, że zaskakujące. Ile razy rozkminiałem, że ktoś umrze, to zabijali kompletnie kogo innego. Spodziewałem się jakiegoś wydarzenia... a tymczasem działo się coś zupełnie innego. Uwielbiam takie zamieszanie fabułą, bo nie ma nic gorszego w serialu niż liniowość. Liniowość jest dla mnie atrakcyjna tylko w jednej kwestii...


W Homelandzie. 

Serio. Od pierwszego odcinka wiemy, że Brody jest zamachowcem. Że trzeba mieć go na muszce, bo prędzej czy później odpali. Brody jest jak tykająca bomba z opóźnionym wybuchem. Nie dziś. Nie jutro. Kiedyś zabije, pozostaje nam śledzić bieżące wydarzenia znając jednocześnie zakończenie. Jest w tym jednak jakaś magia, bo odpalenie się przedłuża, bo pojawia się masa pobocznych wątków, w tym urzekająca na swój sposób Claire Danes grająca Carrie. Zwykle od kobiecych roli w filmach/serialach wymagam więcej. Nie wiem dlaczego, uznałem kiedyś, że żeby polubić rolę kobiecą musi mieć coś więcej. I Carrie polubiłem bardzo. Jestem obecnie na trzecim sezonie i podejrzewam, że jeśli po drodze, jakiś nierozważny reżyser by ją zabił, to nie włączyłbym już tego serialu. Niemniej jednak jeśli Carrie przeżyje, to planuję w tym roku dooglądać serial do momentu aktualnego.

Gdy myślisz, że jest dobrze...

The walking dead zrobiło mega zwrot. Tu mały spoiler, ale tylko mały. Wydawało się, że bohaterowie znaleźli dom w którym będą mogli żyć już na zawsze, planowali budowę pól uprawnych i mogliby tam stworzyć nowy świat. BOOM. Nie ma, pada wieża i... i tu nieplanowana przerwa do lutego. Nie wiem kto to wymyślił, ale skojarzył mi się z planistą ATH. Nikt na ziemi go nie lubi. Nie wiem jak można przerwać serial w takim momencie. Uznałem, że jeśli tylko pozwoli mi na to sensowność emisji, to będę oglądał seriale, które już powstały. Utrudnia to co prawda konwersację w towarzystwie, ale oszczędza godzin/tygodni/miesięcy wkurwiania się, że najbliższy odcinek za pół roku, a Ty czekaj, na kilka scen. 40 minut. Aff.



Nastoletnie karkonosze

W czasach nastoletnich (wiem, to było lata temu) interesowałem się mocno serialem Skins. Jeśli ktoś nie kojarzy była to klasyczna historia o znajomych ze szkoły. Generalnie dość barwna, bo przedstawiała postacie niemal z każdego środowiska/grupy etnicznej etc. Nakręcone ciekawie, jak większość historii o nastolatkach dla nastolatków. Dlaczego o tym piszę? Na scenę polskiego YouTuba wjeżdża niedługo serial. Trochę zaskoczyła mnie tematyka, miejsce, wszystko. I temu uznałem, że warto się tym z wami podzielić. Opowieści Kaszubskie ma opowiadać o nastolatkach z bogatej szkoły na Kaszubach. Serio. Na Kaszubach. Nie w Konstancinie, Mokotowie, Ursynowie czy Wilanowie (nieprzypadkowo same Warszawskie dzielnice), ale serial kręcą na Kaszubach. Trailer Opowieści Kaszubskich macie podlinkowany, bo coś YT go nie lubi i nie wyszukuje.

Fotki z filmweb.pl . A niedługo dwa zapowiadane teksty. Test butów, które dostałem i... test ubranka biegowego na zimę, po które dziś byłem, a które udało mi się już raz przetestować.

Jakie seriale polecacie na 2016? Najlepiej z aktualnych.

niedziela, 3 stycznia 2016

Sposób na brak wolnego czasu.


"Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

Miałem już iść spać, (bo tekst napisałem o drugiej w nocy) odwiedziłem jednak blog koleżanki i uznałem, że przecież niekoniecznie potrzebuję spać. Znaczy nie tyle, co nie potrzebuję, co nie zdążyłem tego dnia zrobić wszystkiego, co tego dnia zrobić chciałem i muszę nadrobić. Ot paradoks, bo zrobiłem dość sporo odwiedzając cztery z zakładanych pięciu sklepów. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że pracuję w wielu miejscach. Można nawet uznać, że nie mam czasu na nic poza pracą, a jednak znajduję czas na wiele rzeczy, które chciałbym robić. Wróciłem do biegania i pomimo tego, że od 26 grudnia biegałem tylko dwa razy to i tak całkiem sporo. W jakimś poradniku przeczytałem, że można zacząć od dwóch dni w tygodniu, więc w jakiś tam ramach się łapię. Nigdy nie robię niczego bez przeczytania poradnika. Pokolenie google i jest mi z tym naprawdę nieźle. Gram też sporo w gry online, nie tyle, że jestem od nich uzależniony co po prostu jestem typem gammera, który co jakiś czas zagrać lubi. Tylko tyle i aż tyle. Jak tylko skończę prawo jazdy i remont pokoju to zapiszę się na siłkę. Chociaż na miesiąc, jak mi się spodoba to zostanę na dłużej. W sumie nie wiem czemu miałoby mi się nie spodobać.

Talka u siebie napisała "Każdy z nas budząc się każdego ranka dostaje nowy dzień do wykorzystania. Więc bardziej niż spełniania postanowień noworocznych życzę spełniania postanowień codziennych.". Strasznie mi się to spodobało i przypomniało o moim ulubionym cytacie H. Jackson Brown Jra, który macie na górze. Te same dni, te same sny, wystarczy je realizować. Każdy ma codziennie 24 godziny, czasami trzeba powiedzieć pauza, ale nie może to zwolnić progresu. Czas start.



Ostatnio w sieci panuje nowy trend. Ogólnie lubię selfie, bo robiłem je jeszcze w czasach, gdy telefon nie miał 20 mpx tylko jakieś 0,3 i w sumie na każdym wychodziłem dobrze. Wiecie... na 0,3 nie da się wyjść źle, bo jest się takim kwadratem z elementem tła. To dość mocno dowartościowuje. ;) Generalnie fajną opcją jest robienie selfików ze wspólnych spotkań, jakiś imprez, wyjść, nawet szkoły. Zabawne wydawały mi się selfie aftersex, bo mało było tam jakiś wulgarnych publikacji, a więcej humoru i dystansu do siebie, który w ludziach wyjątkowo cenię. Ostatnio jednak nastała moda na fotki... porozwodowe. Pół amerykańskiego internetu zalewają fotki byłych już małżeństw sprzed urzędu stanu cywilnego (chyba tam się bierze rozwód?) albo z papierami z napisem Disposed. Dla mnie to taki dziwny krok. Już niedługo wesołe fotki z podpisanym drukiem o eutanazję. Albo z aktem zgonu kogoś z rodziny. Dziwne. Widzę światło w tunelu, ale niespecjalnie mocno świeci.



W sumie to coraz bardziej mam ochotę na ten kanał na YT, bo wolałbym Wam dzisiejszy tekst powiedzieć, niż napisać, ale póki co pozostaje pisanie/czytanie. Każdy projekt swoje musi odleżeć. Nie od razu Rzym zbudowano, a ja mam te wspomniane wyżej 24 godziny. Chociaż jak mawiał Winston Churchill Każdy ma do dyspozycji swój dzień. Niektóre dni trwają dłużej niż inne. Postaram się żeby moje trwały ciut dłużej i były wykorzystywane efektywniej. Niedługo czas na jakąś recenzję, wpadajcie częściej. W sumie to lubię Was taką pocieszną sympatią (niemal jak Star Warsy), bo pomimo, że dość rzadko publikuję codziennie zjawia się tu tyle osób. Miło z Waszej strony, postaram się żebyście w 2016 mieli co tu robić.

piątek, 1 stycznia 2016

Gwiezdne wojny - Przebudzenie mocy. Czyli jak znalazłem się na premierze i co z niej wyniosłem. I plany noworoczne.



Obserwujący mnie na Instagramie mogli trafić na zdjęcie, które macie powyżej, a które wcześniej było na moim koncie. Możecie mnie publicznie linczować  przekonywać, że Star Wars to film, którym powinienem się jarać od dziecka. Zawsze miałem z tym problem, bo o ile lubię tematyki fantastyczne to akurat ten film nigdy nie budził u mnie jakichkolwiek emocji. Ot obejrzałem którąś z części, ale bez wyjątkowego podjaru. Powód? Sam nie wiem. Jakoś nigdy nie mogłem wkręcić się w Star treka, nie mogłem też w Star wars. Ciężko wyjawić powód, bo to tak jak z amerykańskimi komediami. Jedni je lubią, a inni przełączają po samym przeczytaniu tytułu.


Uznałem jednak, że skoro nigdy nie oglądałem "Obcego" a wybrałem się na premierę o północy "Prometeusza", to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić tak samo z Gwiezdnymi Wojnami. Przebudzenie mocy przed pójściem zapowiadało się dobrze, więc aby podkręcić sobie dozę niepewności nie obejrzałem ani jednego zwiastuna. Nie czytałem też przedpremierowych recenzji żeby nie nabijać blogerom wejść z czegoś, czego nie powinni publikować (klauzula tajności była w tym przypadku dość ważna). Uznałem, że pójdę na żywioł, mniej więcej jak tydzień temu, kiedy poszedłem na drugą część, drugiej części Igrzysk śmierci. I muszę przyznać, że mi się podobało. Nie rozumiałem wprawdzie niektórych niezręcznych ciszy między niemal głównymi bohaterami, nie wiedziałem jak powinienem dopowiadać niedopowiedzenia, co byłoby łatwiejsze, gdybym oglądał poprzednie części, ale dostałem zamiast tego spory element zaskoczenia, którego nie miał na sali nikt, kto oglądał serię od początku. Film był dość liniowy, więc Ci którzy oglądali poprzednie części mieli zepsutą zabawę już niemal na starcie. Ja miałem niebywały fun.



Co więc wyniosłem z najnowszej części Star Wars? Radość. Taką dość pocieszną, bo o ile fanom Gwiezdnych Wojen film mógł się skrajnie nie podobać to ja nie miałem porównania. Dla mnie był fajnie zrobiony, z dużą ilością dopracowanych scen, ciekawie przeprowadzoną fabułą. I o ile fanom wiele scen mogło wydawać się bezsensownych, a wręcz źle zrobionych o tyle ja nie mogłem mieć z tym problemu nie oglądając części poprzednich.

Film zarobił już 1.3 mld dolarów, więc chyba nie może być aż tak zły, jak mówią wszyscy. Zwłaszcza Lucas, który skrytykował go za odtwórczość. Tyle, że chyba tego chcieli fani. Rozmawiając z kilkoma przed premierą zapamiętałem dwa życzenia: żeby pojawiło się kilka postaci z poprzedniej trylogii i żeby akcja toczyła się na którejś z już opisanych planet. Dokładnie za to krytykuje Lucas. Pudło, Panie George.

Tekst napisałem zaraz po premierze, ale opublikowałem teraz. Dlaczego? Miałem zająć się designem bloga, ale widząc jak idzie mi sprecyzowanie co chciałbym żebyście tu zobaczyli wolę jednak od nowego roku publikować częściej, a design zmieni się w pewnym momencie. Pewnie w tym, w którym będę miał dużo więcej czasu. Albo chociaż tyle, żeby po jakimś niewyobrażalnym crashu plików mieć cały dzień na naprawianie tego.

Nie będę pisał nic o postanowieniach noworocznych. Chciałbym być dla Was częściej, ale w planach na styczeń mam duży remont pokoju, nowy sprzęt do pisania dla Was, a wraz z nowym sprzętem spróbuję ruszyć z youtubem. Samo pisanie mi nie wystarcza. 

Na koniec krótkie życzenia. Nie lubię składać życzeń, więc to taki wyjątek. W nowym roku realizujcie się. Niech nikt 1 stycznia 2017 nie powie, że jest dokładnie w tym samym miejscu. Stały progres i rozwój. Życzy jednoosobowa ekipa Testandwrite, czyli Dejv.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...