Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks
  • Na co komu Walentynki?

    https://1.bp.blogspot.com/-L-oqFfgiJiE/VtR2XPf-C7I/AAAAAAAAR10/_vP_Fh7RUGM/s1600/Walentynki.jpg

    Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co?

  • Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.

    https://3.bp.blogspot.com/-VQbFtKWIXog/VtR2W9VkR8I/AAAAAAAAR1w/1WalvO74vP8/s1600/blue_monday.jpg

    Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka.

  • Sposób na brak wolnego czasu.

    https://4.bp.blogspot.com/-50ElqJeV1Ts/VtR2YvUc33I/AAAAAAAAR18/LzXVso3XQf4/s1600/sposob_na_brak_wolnego_czasu.jpg

    "Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

  • Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)

    https://4.bp.blogspot.com/-T_vzTY2k51g/VtR2ZtmpSoI/AAAAAAAAR2A/yuH5g12TgUE/s1600/typy_klientow.jpg

    Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju.

  • Liebster Blog Award czyli krótkie Q&A

    https://2.bp.blogspot.com/-O7FIw6YCmOo/VtR2XWUFGMI/AAAAAAAAR14/TtdA47OlZ70/s1600/liebster.jpg

    Weronika nominowała mój blog do odpowiedzi na Liebster Blog Award. Jest to cykl w którym blogerzy nominują 11 blogów do odpowiadania na 11 pytań w dowód uznania ich pracy.

sobota, 23 stycznia 2016

Śmierć w dobie społecznościówek


Dziś cięższy temat. W sumie wiele osób podziela moje zdanie w tej materii, ale jednak jest ono na swój sposób kontrowersyjne, przynajmniej jeśli spojrzy się na to co się dzieje gdy... no właśnie. Zacznę od początku.

Skala tego problemu dotknęła mnie w pewnym momencie. Mianowicie, gdy Paul Walker umarł. Wiadomo, seria Szybcy i wściekli miała swoich fanów. Dla większości jednak była zwykłym gniotem o niekoniecznie ładnie stuningowanych samochodach i żadnej fabule. Tzn. niby fabuła była, ale w każdej kontynuacji taka sama. Dobry, zły, pościg, zwycięstwo. Szlak człowieka trafiał. Nie mówię, podobał mi się np Tokio drift, ale sam nie wiem dlaczego. Fanem serii nigdy nie zostałem. Natomiast po śmierci Paula stało się coś... nie do końca logicznego. Albo wręcz logicznego, ale nie do końca rozumianego przez ogół. Najpierw jego nazwisko stało się jednym z częściej googlowanych, bo większość nie wiedziała w ogóle kim jest ten, o którego śmierci mówią wszyscy, a przecież trzeba to wiedzieć (?). Potem powstała cała seria fanpage, miliony lajków na jego koncie, no szopka większa od Bożonarodzeniowej. Kontynuacją musiał być tylko rekord zarobkowy dla ostatniej serii dla Walkera. Na każdym kroku można było natrafić na wieloletniego fana serii Fast and furious. To samo z Rickmanem. Podejrzewam, że "dzięki" niedawnej śmierci Alana ściągnięcia wszystkich części Harrego Pottera osiągnęły zenit. Ja go kojarzę z Love Actually. I to w sumie tyle. Nie wątpię, że dla kogoś mógł być wzorem aktorstwa i zabolała go jego śmierć. Ja zareagowałem krótkim "aha" i zastanowieniem kto zagra Snape'a w kolejnej części, zapominając przy tym, że nakręcono już wszystkie.



Ostatnio to samo z Davidem Bowie. Niby każdemu się wydaje, że on był znany, ale... czy jego muzyki obecnie ktoś z Was słuchał? Jasne. Jestem przekonany, że znajdzie się 5 osób, które napiszą w komentarzu, że słuchała go od 5 lat codziennie. No dobra, nie napiszą, bo ostatnio mało piszecie, ale to nie zmienia faktu... że DZIESIĘĆ minut po śmierci Bowiego jego odsłuchania na Spotify wzrosły o... 2 700%! 4 000 000 odsłon podczas dwóch pierwszych dni od śmierci. Ludzie byli aż takimi fanami, że przypomnieli sobie o jego muzyce dopiero, gdy artysta umarł czy po prostu... każdy chciał wiedzieć o czyjej śmierci w ogóle wszyscy mówią, a najlepiej zabłyszczeć w towarzystwie, że Heroes jest znacznie lepsze od Let's dance. I znów ta sama szopka. Miliony komentarzy mówiących o najsmutniejszym roku w historii, o setkach osób, których już z nami nie ma, no i oczywiście... nie mogłoby się obyć bez pierdyliarda znaczków, bez których David nie mógłby odejść. Mowa oczywiście o [i][i][i]. Jak kiedyś umrę, a ktoś mi to wstawi na tablicę to przyjdę i już nigdy nie zaśnie.


Doszliśmy do czasów, w których wszystko ma odniesienie w social mediach i to jest w pewnym momencie spoko, bo kiedyś żeby wiedzieć cokolwiek, trzeba było się tym w jakiś sposób interesować. Teraz już nie trzeba. Wystarczy po prostu przewijać walla i te informacje same nas znajdą. Problem leży gdzie indziej. Mam bardzo małe pole współczucia. Powiem szczerze, że to mass media oduczyły mnie tego odruchu i przyzwyczaiły do krzywdy innych. Smutno mi, gdy umiera ktoś dookoła mnie. Wiecie, bliższa czy w miarę blisko dalsza rodzina. Jechania na pogrzeby piątej wody po kisielu ludzi nie rozumiałem już nawet, gdy byłem bardzo mały. Zastanawiało mnie nawet kiedyś czemu ludzie chodzą na pogrzeby sąsiadów z którymi nie wymienili ani słowa. To znaczy oczywiście, mam sąsiadów z którymi czasem zamienię kilka zdań i gdyby coś im się nie daj Boże stało to wpadłbym na pogrzeb (gdybym akurat nie był w pracy, a jestem w niej ostatnio niemal stale). Natomiast gdyby to był sąsiad, którego znam z "Dzień dobry" to nie rozumiem nawet skąd potrzeba odprowadzenia go do grobu. Żeby kogoś żegnać, to trzeba czuć potrzebę, jakąś więź, która śmiercią została przerwana. Skoro jej nie czujemy, to po co wybierać się na pogrzeb? Przykład pomógł mi przedstawić dalszą opcję. Czy powinna nas w ogóle obchodzić śmierć kogoś z drugiego końca świata? Tzn. inaczej. Każdego szkoda i co do tego nie mam wątpliwości, ale czy na prawdę ma nam spędzać sen z powiek to, że rozbił się jakiś aktor? Pominę celebrycki świat...



Kiedyś ktoś miał pretensję, że podczas opowiadania o śmierci 20 imigrantów w chłodziarce uznałem, że w sumie niespecjalnie mnie to dotyka, zastanawiając się tylko jednocześnie jakim cudem wszyscy się tam zmieścili. Szkoda ich, ale w żaden sposób nie zmienia to mojego życia. Media przyzwyczaiły nas do tego żebyśmy non stop żyli we współczuciu. Tu autobus z 10 robotnikami, tam 15 osobowa wycieczka szkolna, tam dziecko. Serio? Nie wiem czy tylko mnie to nie interesuje, ale na świecie CODZIENNIE umiera 150 000 osób. A media każą nam interesować się dziesięcioma. I płakać nad ich osobistą tragedią. A jutro znajdą inne dziesięć osób. I znów każą nam płakać. Co roku umiera 59 mln ludzi. Polska ma 38,5 mln ludzi. Co roku umiera 1,5 kraju. A ktoś każe nam się przejmować jednostkami. Śmierć to tragedia osobista. Dla czyjejś żony, męża, rodziców, a ktoś sprowadził to do tragedii ogólnonarodowej. W każdym roku umrze Bowie, w każdym umrze Walker, w każdym umrze Szymborska. Tylko inaczej nazywający się, grający co innego, piszący co innego.

A. Uprzedzając głupie komentarze - wiem, że zdarzą się tacy, którzy czyjąś twórczością żyli od lat. Wiem, że znajdą się tacy, dla których strata ulubionego pisarza czy aktora jest jak śmierć brata. To nie tekst o was. Tekst jest o stadzie baranów, którzy płaczą po śmierci kogoś, kogo nie znali.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.



Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka. Przesilenie, krótkie dni, zimno i wszystko powinno świadczyć o tym, że łóżko to wasz przyjaciel. A przyjaciół nie należy zbywać i zastępować pracą. Tak po prostu. Najgorsze jednak dopiero nadejdzie, bo patrząc wstecz - najgorszym dniem roku przez długi okres czasu był... ostatni poniedziałek stycznia, czyli wypadający tym razem 25. Nosił on dumną nazwę Blue Monday, którą utracił na rzecz dnia dzisiejszego. 


Takie mniej więcej wyliczenie dotyczy Blue Monday. W sumie pogoda może dobijać, bo ja np jestem typowym ciepłolubnym i o ile idealnie czuję się w momentach, w których na termometrze możemy zobaczyć +40, to  najchętniej nie wychodziłbym z domu już przy 10 stopniach, które powodują u mnie minimalną niechęć do opuszczania domu. Nawet bym nie wychodził, gdyby nie to, że nie pracując również źle się czuję, więc najlepiej jechać do pracy i posiedzieć tam trochę czasu zapominając o pogodzie.


Co do długów to zawsze mnie to dziwiło. Nie sądzę, żebym był kiedyś zadłużony. I to nie przez jakieś niewiarygodnie wysokie zarobki, ale przez to, że po prostu logicznie podchodzę do pieniędzy. Mając - kupuję, nie mając - nie kupuję. Dość proste, a większość ludzi tego nie ogarnia.

Czas od Bożego Narodzenia rozumiem tu jako ilość kalorii, których ktoś nie zdążył spalić. Ja zdążyłem. I w sumie jeszcze bym palił, ale coś mnie dziś nerka złapała i zapowiada się kilka dni przerwy. :(


Te trzy ostatnie mają dużo puntów wspólnych. Niedotrzymanie postanowień noworocznych wiąże się zwykle z niskim poziomem motywacji. Ludzie ze słabym charakterem potrzebują jakiegoś terminu. Od 1 stycznia nie palę. Od 1 stycznia idę na siłownie. Nie rozumiem. Nie chcesz palić to nie pal od teraz. Wyrzuć paczkę, nie dopalaj jej, po prostu spróbuj. Nie czekaj na jakiś magiczny, graniczny moment. Niektórzy mają właśnie poczucie konieczności podjęcia działań, ale nie robią nic czekając na ten idealny moment, na dzień który odmieni ich życie. Tyle, że dni to tylko dni. Ktoś je kiedyś nazwał, tak, bądź inaczej, ale to kompletnie nic nie zmienia. 1 stycznia to taki sam dzień jak 19 stycznia. Poniedziałek, jest takim samym dniem jak niedziela. I jeśli chcesz coś zrobić, to po prostu to zrób. Trzymam kciuki!

czwartek, 7 stycznia 2016

Najlepsze seriale 2016 roku ?



W zeszłym roku wrzuciłem wam post o serialach. Nawet go lubię, a że ostatnio dużo chętniej piszę jakieś osobiste wywody to post rozwinę. W końcu miłość do seriali jest dość osobista. W tym roku mam kilka serialowych planów, które chciałbym wam przedstawić. Wiecie, w każdym sektorze trzeba mieć jakieś plany, więc i w tym planuję ruszyć naprzód. Ogólnie to w 2016 planuję zrobić prawko, nauczyć się pływać, zwiedzić jakiś ciekawy kraj i nauczyć się jeździć na nartach/snowboardzie/łyżwach. Znaczy na któryś z nich. No i w grę wchodzi bardziej przyszła zima, tę zostawię sobie na prawko. Chciałbym też obronić magisterkę, ale to niejako pójdzie swoim torem, bo skoro już znajduję więcej czasu na bloga, to na magisterkę też odnajdę. Tyle z planów, ale nie starałbym się ich jakoś weryfikować, bo ich weryfikacja niekoniecznie jest dla mnie ważna. Wyjdzie to wyjdzie, coraz bardziej uczę się żyć na spontanach i dobrze to wychodzi.

Nic nie wiesz, Jonie snow. 

Pisałem w poprzednim poście, że w końcu wezmę się za Grę o tron. Mimo, że tematyka jest taka dość specyficzna (tak, fani gatunku znów mogliby mnie zabić) to jednak polubiłem serial. Na tyle mocno, że czekam, czekam i nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. Opowieści z rodu Starków są o tyle fajne, że zaskakujące. Ile razy rozkminiałem, że ktoś umrze, to zabijali kompletnie kogo innego. Spodziewałem się jakiegoś wydarzenia... a tymczasem działo się coś zupełnie innego. Uwielbiam takie zamieszanie fabułą, bo nie ma nic gorszego w serialu niż liniowość. Liniowość jest dla mnie atrakcyjna tylko w jednej kwestii...


W Homelandzie. 

Serio. Od pierwszego odcinka wiemy, że Brody jest zamachowcem. Że trzeba mieć go na muszce, bo prędzej czy później odpali. Brody jest jak tykająca bomba z opóźnionym wybuchem. Nie dziś. Nie jutro. Kiedyś zabije, pozostaje nam śledzić bieżące wydarzenia znając jednocześnie zakończenie. Jest w tym jednak jakaś magia, bo odpalenie się przedłuża, bo pojawia się masa pobocznych wątków, w tym urzekająca na swój sposób Claire Danes grająca Carrie. Zwykle od kobiecych roli w filmach/serialach wymagam więcej. Nie wiem dlaczego, uznałem kiedyś, że żeby polubić rolę kobiecą musi mieć coś więcej. I Carrie polubiłem bardzo. Jestem obecnie na trzecim sezonie i podejrzewam, że jeśli po drodze, jakiś nierozważny reżyser by ją zabił, to nie włączyłbym już tego serialu. Niemniej jednak jeśli Carrie przeżyje, to planuję w tym roku dooglądać serial do momentu aktualnego.

Gdy myślisz, że jest dobrze...

The walking dead zrobiło mega zwrot. Tu mały spoiler, ale tylko mały. Wydawało się, że bohaterowie znaleźli dom w którym będą mogli żyć już na zawsze, planowali budowę pól uprawnych i mogliby tam stworzyć nowy świat. BOOM. Nie ma, pada wieża i... i tu nieplanowana przerwa do lutego. Nie wiem kto to wymyślił, ale skojarzył mi się z planistą ATH. Nikt na ziemi go nie lubi. Nie wiem jak można przerwać serial w takim momencie. Uznałem, że jeśli tylko pozwoli mi na to sensowność emisji, to będę oglądał seriale, które już powstały. Utrudnia to co prawda konwersację w towarzystwie, ale oszczędza godzin/tygodni/miesięcy wkurwiania się, że najbliższy odcinek za pół roku, a Ty czekaj, na kilka scen. 40 minut. Aff.



Nastoletnie karkonosze

W czasach nastoletnich (wiem, to było lata temu) interesowałem się mocno serialem Skins. Jeśli ktoś nie kojarzy była to klasyczna historia o znajomych ze szkoły. Generalnie dość barwna, bo przedstawiała postacie niemal z każdego środowiska/grupy etnicznej etc. Nakręcone ciekawie, jak większość historii o nastolatkach dla nastolatków. Dlaczego o tym piszę? Na scenę polskiego YouTuba wjeżdża niedługo serial. Trochę zaskoczyła mnie tematyka, miejsce, wszystko. I temu uznałem, że warto się tym z wami podzielić. Opowieści Kaszubskie ma opowiadać o nastolatkach z bogatej szkoły na Kaszubach. Serio. Na Kaszubach. Nie w Konstancinie, Mokotowie, Ursynowie czy Wilanowie (nieprzypadkowo same Warszawskie dzielnice), ale serial kręcą na Kaszubach. Trailer Opowieści Kaszubskich macie podlinkowany, bo coś YT go nie lubi i nie wyszukuje.

Fotki z filmweb.pl . A niedługo dwa zapowiadane teksty. Test butów, które dostałem i... test ubranka biegowego na zimę, po które dziś byłem, a które udało mi się już raz przetestować.

Jakie seriale polecacie na 2016? Najlepiej z aktualnych.

niedziela, 3 stycznia 2016

Sposób na brak wolnego czasu.


"Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

Miałem już iść spać, (bo tekst napisałem o drugiej w nocy) odwiedziłem jednak blog koleżanki i uznałem, że przecież niekoniecznie potrzebuję spać. Znaczy nie tyle, co nie potrzebuję, co nie zdążyłem tego dnia zrobić wszystkiego, co tego dnia zrobić chciałem i muszę nadrobić. Ot paradoks, bo zrobiłem dość sporo odwiedzając cztery z zakładanych pięciu sklepów. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że pracuję w wielu miejscach. Można nawet uznać, że nie mam czasu na nic poza pracą, a jednak znajduję czas na wiele rzeczy, które chciałbym robić. Wróciłem do biegania i pomimo tego, że od 26 grudnia biegałem tylko dwa razy to i tak całkiem sporo. W jakimś poradniku przeczytałem, że można zacząć od dwóch dni w tygodniu, więc w jakiś tam ramach się łapię. Nigdy nie robię niczego bez przeczytania poradnika. Pokolenie google i jest mi z tym naprawdę nieźle. Gram też sporo w gry online, nie tyle, że jestem od nich uzależniony co po prostu jestem typem gammera, który co jakiś czas zagrać lubi. Tylko tyle i aż tyle. Jak tylko skończę prawo jazdy i remont pokoju to zapiszę się na siłkę. Chociaż na miesiąc, jak mi się spodoba to zostanę na dłużej. W sumie nie wiem czemu miałoby mi się nie spodobać.

Talka u siebie napisała "Każdy z nas budząc się każdego ranka dostaje nowy dzień do wykorzystania. Więc bardziej niż spełniania postanowień noworocznych życzę spełniania postanowień codziennych.". Strasznie mi się to spodobało i przypomniało o moim ulubionym cytacie H. Jackson Brown Jra, który macie na górze. Te same dni, te same sny, wystarczy je realizować. Każdy ma codziennie 24 godziny, czasami trzeba powiedzieć pauza, ale nie może to zwolnić progresu. Czas start.



Ostatnio w sieci panuje nowy trend. Ogólnie lubię selfie, bo robiłem je jeszcze w czasach, gdy telefon nie miał 20 mpx tylko jakieś 0,3 i w sumie na każdym wychodziłem dobrze. Wiecie... na 0,3 nie da się wyjść źle, bo jest się takim kwadratem z elementem tła. To dość mocno dowartościowuje. ;) Generalnie fajną opcją jest robienie selfików ze wspólnych spotkań, jakiś imprez, wyjść, nawet szkoły. Zabawne wydawały mi się selfie aftersex, bo mało było tam jakiś wulgarnych publikacji, a więcej humoru i dystansu do siebie, który w ludziach wyjątkowo cenię. Ostatnio jednak nastała moda na fotki... porozwodowe. Pół amerykańskiego internetu zalewają fotki byłych już małżeństw sprzed urzędu stanu cywilnego (chyba tam się bierze rozwód?) albo z papierami z napisem Disposed. Dla mnie to taki dziwny krok. Już niedługo wesołe fotki z podpisanym drukiem o eutanazję. Albo z aktem zgonu kogoś z rodziny. Dziwne. Widzę światło w tunelu, ale niespecjalnie mocno świeci.



W sumie to coraz bardziej mam ochotę na ten kanał na YT, bo wolałbym Wam dzisiejszy tekst powiedzieć, niż napisać, ale póki co pozostaje pisanie/czytanie. Każdy projekt swoje musi odleżeć. Nie od razu Rzym zbudowano, a ja mam te wspomniane wyżej 24 godziny. Chociaż jak mawiał Winston Churchill Każdy ma do dyspozycji swój dzień. Niektóre dni trwają dłużej niż inne. Postaram się żeby moje trwały ciut dłużej i były wykorzystywane efektywniej. Niedługo czas na jakąś recenzję, wpadajcie częściej. W sumie to lubię Was taką pocieszną sympatią (niemal jak Star Warsy), bo pomimo, że dość rzadko publikuję codziennie zjawia się tu tyle osób. Miło z Waszej strony, postaram się żebyście w 2016 mieli co tu robić.

piątek, 1 stycznia 2016

Gwiezdne wojny - Przebudzenie mocy. Czyli jak znalazłem się na premierze i co z niej wyniosłem. I plany noworoczne.



Obserwujący mnie na Instagramie mogli trafić na zdjęcie, które macie powyżej, a które wcześniej było na moim koncie. Możecie mnie publicznie linczować  przekonywać, że Star Wars to film, którym powinienem się jarać od dziecka. Zawsze miałem z tym problem, bo o ile lubię tematyki fantastyczne to akurat ten film nigdy nie budził u mnie jakichkolwiek emocji. Ot obejrzałem którąś z części, ale bez wyjątkowego podjaru. Powód? Sam nie wiem. Jakoś nigdy nie mogłem wkręcić się w Star treka, nie mogłem też w Star wars. Ciężko wyjawić powód, bo to tak jak z amerykańskimi komediami. Jedni je lubią, a inni przełączają po samym przeczytaniu tytułu.


Uznałem jednak, że skoro nigdy nie oglądałem "Obcego" a wybrałem się na premierę o północy "Prometeusza", to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić tak samo z Gwiezdnymi Wojnami. Przebudzenie mocy przed pójściem zapowiadało się dobrze, więc aby podkręcić sobie dozę niepewności nie obejrzałem ani jednego zwiastuna. Nie czytałem też przedpremierowych recenzji żeby nie nabijać blogerom wejść z czegoś, czego nie powinni publikować (klauzula tajności była w tym przypadku dość ważna). Uznałem, że pójdę na żywioł, mniej więcej jak tydzień temu, kiedy poszedłem na drugą część, drugiej części Igrzysk śmierci. I muszę przyznać, że mi się podobało. Nie rozumiałem wprawdzie niektórych niezręcznych ciszy między niemal głównymi bohaterami, nie wiedziałem jak powinienem dopowiadać niedopowiedzenia, co byłoby łatwiejsze, gdybym oglądał poprzednie części, ale dostałem zamiast tego spory element zaskoczenia, którego nie miał na sali nikt, kto oglądał serię od początku. Film był dość liniowy, więc Ci którzy oglądali poprzednie części mieli zepsutą zabawę już niemal na starcie. Ja miałem niebywały fun.



Co więc wyniosłem z najnowszej części Star Wars? Radość. Taką dość pocieszną, bo o ile fanom Gwiezdnych Wojen film mógł się skrajnie nie podobać to ja nie miałem porównania. Dla mnie był fajnie zrobiony, z dużą ilością dopracowanych scen, ciekawie przeprowadzoną fabułą. I o ile fanom wiele scen mogło wydawać się bezsensownych, a wręcz źle zrobionych o tyle ja nie mogłem mieć z tym problemu nie oglądając części poprzednich.

Film zarobił już 1.3 mld dolarów, więc chyba nie może być aż tak zły, jak mówią wszyscy. Zwłaszcza Lucas, który skrytykował go za odtwórczość. Tyle, że chyba tego chcieli fani. Rozmawiając z kilkoma przed premierą zapamiętałem dwa życzenia: żeby pojawiło się kilka postaci z poprzedniej trylogii i żeby akcja toczyła się na którejś z już opisanych planet. Dokładnie za to krytykuje Lucas. Pudło, Panie George.

Tekst napisałem zaraz po premierze, ale opublikowałem teraz. Dlaczego? Miałem zająć się designem bloga, ale widząc jak idzie mi sprecyzowanie co chciałbym żebyście tu zobaczyli wolę jednak od nowego roku publikować częściej, a design zmieni się w pewnym momencie. Pewnie w tym, w którym będę miał dużo więcej czasu. Albo chociaż tyle, żeby po jakimś niewyobrażalnym crashu plików mieć cały dzień na naprawianie tego.

Nie będę pisał nic o postanowieniach noworocznych. Chciałbym być dla Was częściej, ale w planach na styczeń mam duży remont pokoju, nowy sprzęt do pisania dla Was, a wraz z nowym sprzętem spróbuję ruszyć z youtubem. Samo pisanie mi nie wystarcza. 

Na koniec krótkie życzenia. Nie lubię składać życzeń, więc to taki wyjątek. W nowym roku realizujcie się. Niech nikt 1 stycznia 2017 nie powie, że jest dokładnie w tym samym miejscu. Stały progres i rozwój. Życzy jednoosobowa ekipa Testandwrite, czyli Dejv.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Archiwalne posty