Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks
  • Na co komu Walentynki?

    https://1.bp.blogspot.com/-L-oqFfgiJiE/VtR2XPf-C7I/AAAAAAAAR10/_vP_Fh7RUGM/s1600/Walentynki.jpg

    Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co?

  • Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.

    https://3.bp.blogspot.com/-VQbFtKWIXog/VtR2W9VkR8I/AAAAAAAAR1w/1WalvO74vP8/s1600/blue_monday.jpg

    Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka.

  • Sposób na brak wolnego czasu.

    https://4.bp.blogspot.com/-50ElqJeV1Ts/VtR2YvUc33I/AAAAAAAAR18/LzXVso3XQf4/s1600/sposob_na_brak_wolnego_czasu.jpg

    "Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

  • Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)

    https://4.bp.blogspot.com/-T_vzTY2k51g/VtR2ZtmpSoI/AAAAAAAAR2A/yuH5g12TgUE/s1600/typy_klientow.jpg

    Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju.

  • Liebster Blog Award czyli krótkie Q&A

    https://2.bp.blogspot.com/-O7FIw6YCmOo/VtR2XWUFGMI/AAAAAAAAR14/TtdA47OlZ70/s1600/liebster.jpg

    Weronika nominowała mój blog do odpowiedzi na Liebster Blog Award. Jest to cykl w którym blogerzy nominują 11 blogów do odpowiadania na 11 pytań w dowód uznania ich pracy.

piątek, 18 grudnia 2015

Czego nie kupować pod choinkę? Sześć najbardziej nietrafionych prezentów.



Idą święta, a ja postanowiłem, że wrzucę taki "know-how". Może nie tyle dla ludzi z mojej rodziny (bo dostatecznie ich uświadomiłem w ubiegłych latach), ale dla Was, co byście nie popełniali tego samego błędu co połowa ludzkości.

Czego nie kupować pod choinkę? Jaki prezent będzie wywoływał bardziej ukrywany grymas, niż przeogromną radość? Co Wasz obdarowany rzuci w kąt pięć minut po otrzymaniu? Enjoy.

1. Zestawy perfum.

Nie wiem dlaczego, ale jest to hit świąteczny numer jeden. Mam spory kontakt z tym towarem i szczerze? Nigdy, ale to nigdy w życiu nie chciałbym dostać zestawu perfum/żeli/deo etc. Niestety kilka razy dostałem, a że zawsze mówię co myślę nie kończyło się to dobrze. Ludzie z reguły nie wiedząc co kupić - kupują jakiś zestaw. Nie znając przy okazji kompletnie preferencji tego, którego chcą obdarować.

Mam w szafce na kosmetyki jakieś 20 perfum. Nie żebym aż tyle potrzebował, po prostu co jakiś czas je dostaje, a nie wszystkie są potem elementami wpisów. Dlaczego? Ano dlatego, że często nawet firmy nie pytają o upodobania w konkretnym produkcie. Większość (albo prawie wszyscy) nie wiedzą, że w perfumie cenię sobie drzewo sandałowe i piżmo. Tylko tyle i aż tyle. Nie zadowoli mnie więc zestaw Brutal. Sorry.


2. Ubrania.

To zawsze najbardziej podnosi mi ciśnienie. Zwłaszcza, jak dostaję to od kogoś, kto mnie zna. Dlaczego? Wiecie, jestem typem osoby, która czasami kupuje impulsywnie i potrafiłem w przed urodzinowy piątek wydać połowę wypłaty nudząc się na mieście i szukając czegoś fajnego. Czasami jednak rozkminiam całymi godzinami jakiś zakup. Przykładowo butów zimowych szukałem kiedyś 5 godzin. W Bielsku-Białej mamy dość sporo CH, więc przypominało to swoisty maraton, który jednak zakończył się sukcesem. W tym roku też chcę kupić zimówki, czekam tylko na wolne 2-3dni co bym miał czas wybrać. Często wybór głupiej koszulki nie ogranicza się do przejrzenia asortymentu nie w jednym sklepie, a jednym CH. W końcu wiadomo, koszulek typu "no ujdzie" mam dwie szafy. Problem pojawia się w momencie w którym chcę na prawdę dobrze wyglądać, a wszystkie ciuchy z tej kategorii już mi się znudziły.

Opisałem to bo... na tej podstawie możecie ocenić czy łatwo trafić w mój gust ubraniowy. NIE DA SIĘ. Nie tyle co jest to trudne, co praktycznie niemożliwe. Wiadomo, nie obrażę się, jak dostanę ciepły sweter w prążki, którego jednak będę pewnie używał jedynie przy graniu w csa (oczywiście jak nie mam włączonej kamerki).


3. Rzeczy praktyczne.

Fajny pomysł, który zawsze mi się podobał, ale po czasie przestał. Dlaczego? Jest wam potrzebny nowy mikser i pralka? Wow, idą święta, kupmy je sobie. Zepsuł się odkurzacz we wrześniu? Super okazja, trochę pożyjemy w syfie, a potem nadejdą święta i prezent jak znalazł. Jak ktoś ma źle zaplanowany budżet domowy to nie powinien kupować niczego, a nie wrzucać artykuły pierwszej potrzeby w koszt świąt. Po prostu. Prezent to prezent, niech będzie głupotą, na którą po prostu chcielibyście wydać pieniądze. Wydawanie pieniędzy często relaksuje, a Was przecież stać na to. Chociaż raz w roku.


4. Czekoladki, słodkości i owoce.

Traktuję to jako jedno, bo są równie kaloryczne. Jakby było mało, że na Wigilię i najbliższy tydzień aż do Sylwestra było mało nabijania sobie pustych kalorii. Wiadomo, nie będę trzymał czekolady do momentu, w którym pojawi się na niej biały nalot tylko spróbuję od razu. Najlepiej pomiędzy karpiem, a pierogami z kapustą. A potem zagryzę mandarynką i będę miał najbliższe 30minut tylko dla Was, bo wifi to najlepszy wynalazek ludzkości i nawet w toalecie mogę spędzać czas w sieci.

Swoją drogą to owoce są chyba nawet gorsze od słodkości. Bo o ile te drugie możemy przechować do lutego w którym na ogół nic się nie dzieje i zjeść je właśnie wtedy o tyle chomikowanie mandarynek do lutego skończyłoby się większą ilością białego puchu, niż mamy obecnie za oknem.


5. Prezenty niespodzianki.

Zwłaszcza, jak ktoś powie Ci kategorię. Ileż to miałem nietrafionych prezentów w ten sposób. Przykładowe "dostaniesz książkę" z radości, może zamienić się w smutek, bo o ile czytam obecnie tylko książki blogerów lub biografie piłkarskie, to nie lubię książek pisanych o piłkarzach, ale nie przez nich samych. Wiecie, piłkarze mają swój styl, swoje przyzwyczajenia i swój język. Jak to pisze dziennikarz, a nie piłkarz to czuć na kilometr. Dołączyć do kolekcji mogę, przeczytać nie.

Nigdy nie popełnię już błędu aby powiedzieć komuś np. "potrzebna mi myszka do komputera". Pod nazwą "myszka do komputera" rozumiem przykładowo Razera Deathadder Chroma, którego sobie ostatnio kupiłem. Moglibyście sobie wyobrazić moją minę na wieść, że ktoś kupił mi mysz za 50 pln uznając przy tym, że sprzedawca mówił, że to niezła mysz gammingowa. Moja podkładka była droższa, sory. Używam razer goliathus control medium (podejrzewam, że części z Was coś ta nazwa mówi).

Generalnie mówiąc o niespodziance człowiek się czegoś spodziewa. Najczęściej sobie to wizualizuje i po czasie jest niemal pewien, że rzucił już tyle sugestii żeby było to właśnie to! Zwykle więc nie można się ucieszyć z prezentu niespodzianki skoro jest to coś zupełnie innego.


6. Pieniądze.

Kolejny prezent, który mnie cieszył, ale tylko do momentu, w którym miałem do 16 lat. Potem miałem już swoje pieniądze i taki prezent zwykle uświadamiał, że komuś nie chciało się szukać, wybierać, domyślać się lub zwyczajnie zapytać co chcę. Zwłaszcza, że często dostając kasę ktoś mówił "Mówiłeś, że potrzebujesz na myszkę, kup ją sobie" i dawał 100pln niewystarczające na podkładkę.



Wybierając komuś prezent zapytajcie. Tylko tyle i aż tyle. Nie róbcie z tego szopki, nie kryjcie się po kątach. Zwyczajne "co byś chciał dostać" często załatwia sprawę. Czasami ktoś nie wie, bo np ja kupuję sobie wszystko na co mam ochotę i ciężko znaleźć rzecz, którą bym chciał, a której nie mam, o tyle czasami wyjdzie coś nowego, fajnego co bym chętnie zobaczył w swojej szufladzie, a czego zwyczajnie nie miałem czasu kupić. Wtedy powiem. Dam nawet link do miejsca, gdzie można to zamówić.Albo zamówię sam, opłać tylko przelew.

A niedługo zapraszam na recenzję z premiery Star Wars, która już się niemal napisała. ;)

środa, 11 listopada 2015

Dlaczego w tym roku nie biorę udziału w Movember? Golenie się, wąsy, broda i te sprawy.



Jak pamiętacie, albo i nie, w ostatnich dwóch latach brałem udział w akcji Movember. Dla nieświadomych akcji jest to listopadowe zapuszczanie wąsów w celu świadomości społecznej na temat problemów zdrowotnych mężczyzn związanych z rakiem. Akcja ta jest mega fajna, bo pomimo średniego odbioru w społeczeństwie i pytań odnośnie moich wąsów w dziwnym tonie mogłem uświadomić na prawdę masę ludzi. Na każde pytanie o moje wąsy starałem się wyczerpująco odpowiedzieć opisując akcję i problem. Jak sobie przypomnę to pozytywnie wspominam akcję i oczywiście zachęcam, bo Movember to akcja którą warto wspierać.

W tym roku jednak nie wezmę udziału, na co złożyły się dwie sprawy. Po pierwsze, dość egoistyczne. Będę mówił o akcji, ale tragicznie wyglądam z wąsami. Na prawdę. Nie udostępnię fotki, aktywniejsi znajdą sami w jakimś archiwum, ale ja z wąsami to tak jak ja z włosami bez nałożonego żelu. Tak się nie da wyjść z domu. W zeszłym roku jakieś 50 osób uświadamiało mnie jak źle wyglądam, a że obecnie mam pracę polegającą na jeszcze częstszym kontakcie z ludźmi to odpuszczę. ;)

Drugim powodem jest... kampania w której biorę udział.W ramach kampanii rekomenduj.to testuję nowy model Wilkinson Xtreme3 i muszę przyznać, że sprawdza się na prawdę nieźle. Żeby było lepiej dostałem od firmy Yovee czyli importera Bjobj świetny, włoski produkt po goleniu, dzięki któremu nie mam już tylu zaczerwień co zwykle. Niby mam w domu maszynkę elektryczną Braun Cool tech 4s, ale nie zawsze chce mi się jej używać, stąd jeśli mam się ogolić na szybko przed wyjściem to wolę rozwiązanie tradycyjne. Od zawsze mam problem z zaczerwienieniem skóry przy goleniu stąd niespecjalnie tę czynność lubię, stąd maszynki też nie kupiłem normalnej, a chłodzącą. W tym przypadku krem polubiłem ze względu na nagietek i aloes, które dość łagodnie traktują skórę i pomagają w tym, żebym po goleniu nie wyglądał jak indianin. Nie mówię, że jakieś zapalenia w ogóle się nie pojawiają, bo się pojawiają, ale zauważyłem ich znacznie mniej. Zaskoczyło mnie też dozowanie. Wiecie, produkt ma 50 mililitrów i kosztuje ponad 50zł. Generalnie lubię oszczędzać kosmetyki, więc dałem sobie na rękę mniej więcej tyle ile widzicie poniżej i... musiałem zużyć kilka ręczniczków papierowych, bo kremu było tak dużo, że nie dał rady się wchłonąć. Wychodzi na to, że jest on tak wydajny, że mała kropka starczy na całą twarz. W składzie znajdziemy też oleje: arganowy i ze słodkich migdałów, które wpływają na wiek skóry. Chociaż ja nie powinienem przesadzać z takimi składnikami, bo i tak ludzie nie mogą się nadziwić, że mam tyle lat ile mam. Produkt można zakupić na stronie biomania.



Co do maszynki Wilkinson Xtreme 3 to również pozytywne zaskoczenie. Generalnie lubię kampanie rekomendacyjne, bo nie dość, że mogę przetestować jakieś ciekawe produkty to jeszcze część znajomych zawsze skorzysta. Gdyby podesłali więcej to pewnie zrobiłbym jakiś konkurs, no ale nie można mieć wszystkiego. Co do samej maszynki to ma ona kilka aspektów przez które warto ja Wam przedstawić.

Generalnie głównym aspektem według nich jest elastyczność ostrzy na główce, ale dla mnie ma to znaczenie dość drugorzędne. Najważniejszy jest pasek szerszy o 50%! Dzięki temu znów aloes i tym razem witamina E dbają o to, żebym nie miał zaczerwienionej szyi. W większości ten pasek służy mi tak na 2-3 golenia, a potem się ściera, tu jednak ogoliłem się już cztery razy i pasek jest delikatnie starty tylko na bokach. Jak to mówią "Kiedyś będę na tyle bogaty, żeby golić się jednorazówką jeden raz". Póki co zwykle używam jednorazówek do momentu, w którym uznaję, że ona już w zasadzie to nic nie zbiera.

Fajna jest też rączka. Tzn o ile rączka może być fajna. Chodzi o to, że mam kilka świetnych maszynek jednorazowych (wiadomo, z różnych kampanii zostają) w tym nawet jedną ulubioną jeśli chodzi o golenie. Natomiast tamta ma tak ciężką rączkę, że po goleniu wręcz boli nadgarstek. To bezsens jeśli chodzi o jednorazówkę. Wiadomo jeśli zważymy szczoteczkę elektryczną to waży dużo więcej, ale jednak nie po to ktoś wybiera jednorazówkę żeby się męczyć. W Wilkinson Xtreme 3 mamy komfort trzymania maszynki, która przez wagę i ergonomiczny kształt rączki nie utrudnia nam golenia.

Dopiero po testowaniu i znalezieniu jej w sieci doszło do mnie, że już kiedyś się z tą maszynką spotkałem tylko w wersji Comfort Plus przy okazji akcji Rossmanna, w której odbierało się je za darmo. Wtedy również byłem dość pozytywnie zaskoczony. 


A że post jest typowo o goleniu, to garść porad związanych z goleniem... w następnym wpisie. ;)

Ostatnio wszystko ciągle odwlekam, więc podsumuję piosenką.

 

niedziela, 1 listopada 2015

8 cech idealnego mężczyzny. I idealnej kobiety przy okazji.


Ostatnio cały internet huczy po tym co napisała Dorota Goldmann z Olfaktoria. A raczej co nagrała, mniejsza. Generalnie postanowiłem się do tego odnieść i przedstawić kilka spostrzeżeń. Niektórym być może wydadzą się dziwne. Cóż, nie we wszystkim musimy się zgadzać. Grunt żebym ja się tu dobrze czuł, bo to w końcu mój dom.

Przejdźmy do rzeczy. Albo jeszcze nie. Generalnie Dorotę z Olfaktoria śledzę od jakiegoś czasu, bo w pewien sposób mnie zaintrygowała. Jej tematyka jest dość odległa od mojej, chociaż lubię używać czasem dobrych perfum, ale często mówi w sposób taki, że wiecie - mogłaby mówić o agrobiznesie, a Kowalski by to obejrzał i wyniósł z tego cenną lekcję. Też coś wynoszę, bo jej nagranie o typach klientów perfumerii niejako zakiełkowało i po kilku dniach zaowocowało moim pomysłem na tekst o klientach sklepów w których pracowałem. Tym razem nagrała materiał o 8 cechach jakie posiadać powinien prawdziwy mężczyzna. Błąd. Nagrała materiał o tym jakie 8 cech powinien mieć facet z którym ona chce się związać. Większość komentujących nie zrozumiała różnicy. Nie rozumieją zwłaszcza Ci, którzy minusują jej filmik.


Pierwszą jest wiek. 
Dorota stwierdziła, że facet powinien być o 10 lat starszy od niej. Bardziej doświadczony życiowo, lepiej ustawiony. Wstałem i biłem brawo. Dlaczego? Bo jak wiecie jestem obecnie singlem i mając 29 lat rozglądam się w okolicy powiedzmy 19-23. Może więcej, może mniej, wiadomo, każda kobieta różnie odczuwa upływające lata. Nie chodzi o to, że starsze kobiety są złe. Po prostu większość ma już bagaż doświadczeń, jak dla mnie, zbyt wielki. A kobiety zwykle kierują się zbyt emocjami. Odwróćmy kartę - moi rodzice nie byli nigdy specjalnie majętni, więc w dużej mierze sam robię kolejne kroki. W sensie wiadomo, dostałem od mamy na wiele rzeczy, ale na sporą część tego co mam musiałem zapracować. I jeśli przypomnę sobie teraz siebie mającego 19 lat i zestawię z obecnym 28/29 latkiem to... widzę przepaść! Te 10 lat to niesamowity progres. Osobowościowy przede wszystkim, ale nie ukrywajmy też, również finansowy. Progres, jak to progres... ale czy zmieniłem target? Mając 19 lat celowałem w 17-20, obecnie w 19-23. Niewielka różnica, bo to nie kobieta ma stanowić o sile finansowej "rodziny". Stąd Ola szuka faceta o 10 lat starszego, bo nie wyobraża sobie być z kimś, kto nie jest od niej o te 10 lat bogatszy w doświadczenia i nie ukrywajmy, nie tylko doświadczenia. A tak już całkiem bez ogródek: spotykam bardzo mało 29 latek z którymi chciałbym być oraz... stosunkowo bardzo wiele 20tek, które mógłbym dodać do listy "must have" (z przymrużeniem oka, nie obrażajcie się Panie). Ot kluczowy powód. Wojewódzki kiedyś stwierdził, że nie będzie nigdy z kobietą, która przekroczy 26 rok życia. Kiedyś był idolem tłumów, teraz jest wszędzie hejtowany, ale jakąś rację w tym miał. Po prostu lubił określony typ urody, który z wiekiem się gdzieś gubi. Chwilo trwaj. ;) Napisałem ten tekst w środku nocy i zaraz po położeniu się uznałem, że muszę uzupełnić argumentację tutaj. Nie lubię pisać leżąc na łóżku (wychodząc z założenia że jedynie kobieta może mi przerywać sen) ale zrobiłem wyjątek. Skąd taki przestrzał wiekowy? Ano statystycznie 19 letnia kobieta jest już ogarnięta życiowo. Facet w tym wieku wie, że jego level w tibii jest wystarczający aby zabić mroźnego smoka i który kebab jest najlepszy w mieście. Serio. Większość facetów w takim wieku nie rozumie po co jest ta druga płeć. To znaczy rozumie, bo regularnie odpala redtuba. Wiadomo są wyjątki, bo znam też kilku facetów w tym wieku, którzy wiedzą kim chcą być w życiu i dążą do tego celu, ale jest ich tak mało, że musiałem dodać to zdanie na drodze wyjątku. Dziewiętnastoletnia kobieta jest często zorientowana na sukces. Wie na jakie studia iść lub na nich jest co idzie w prostej linii z jej chęcią wykonywania określonego zawodu. Zna kroki, które prowadzą ją do celu. Facet może jej w tym tylko pomóc. Wiecie, wsparcie w dążeniu do celu każdemu jest potrzebne. A jaki facet nada się do tego najlepiej? Ano taki, który już pewne kroki postawił i wie jak smakuje sukces realizacji kolejnych celów. Statystycznie większość facetów lubi kobiety 4 lata młodsze, ale doskonale rozumiem, że dla Doroty dziesięć lat może być tym optimum.

Jej idealny facet powinien być ambitny. 
W sumie dość przyziemny punkt, bo każdy powinien stawiać na ciągły rozwój. Wielokrotnie mówiłem to nie tylko swoim kobietom, ale też znajomym, że nie ma co tracić czasu, bo nie ważne co robisz ważne, żebyś robił/a to w jakimś celu. Jeśli blogujesz pisz coraz lepiej, coraz więcej. Jeśli gdzieś pracujesz rób to coraz solidniej, próbuj skakać po drabince kariery, mierz wysoko, bo tylko w ten sposób cel możesz osiągnąć. Zawsze mówię, że lepsze jest mierzenie w dziesiąte piętro i lądowanie na ósmym, niż siedzenie na pierwszym i patrzenie narzekając ile to jeszcze szczebli mamy po drodze. Progres.

Przedsiębiorczość. 
Tu Dorota trochę przegięła, chociaż nie ukrywajmy, jest ładna i może celować wysoko. Natomiast klasyfikowanie osoby jako nieudacznika tylko po tym, że pracuje dla kogoś jest dość słabe, no ale tak jak mówiłem to tylko jej punkt widzenia. Ja bym tu uznał, że przedsiębiorczość jest ważna. Ja np nie pozwalam sobie na to, żebym w kolejnym roku życia zarabiał mniej lub tyle samo co w poprzednim. Póki co się udaje i czerpię z tego dość sporą radość. Tzn nie zrozumcie mnie źle, kasa nie jest celem samym w sobie, chodzi tu bardziej o pokazanie sobie, że mogę więcej, lepiej. I jeśli to wychodzi to nie ma lepszego motoru napędowego. Z kolei nigdy nie wymagałem tego, aby kobieta miała nie wiadomo jaki zawód czy status finansowy. Do wszystkiego można dojść wspólnie, a tak jak wspominałem nie uważam, żeby to kobieta była odpowiedzialna za stan finansowy w związku.

"Facet musi zarabiać". 
Ten punkt trochę pominę, bo Polska jest krajem, gdzie średnia krajowa to odległy temat dla pewnie 80% ludzi i dość nietrafnym jest stwierdzenie, że facet zarabiający mniej niż średnia krajowa to nieudacznik. Obecnie średnia krajowa wynosi 4214 brutto. Ilu z waszych znajomych tyle ma? Jeden znajomy powiedział mi ostatnio "Trójka na rękę to zdecydowanie za mało, każdy powinien mieć piątkę". Też uważam, że każdy powinien mieć piątkę, ale przy trójce z głodu nie umieram, on też nie, więc uznam, że faktycznie te 4214 brutto pewnie gwarantuje bezpieczne życie bez bezsensownych zmartwień o pieniądze. Wiadomo, takiej Dorocie nie wystarczy, bo jeszcze ze dwa takie filmy i tyle to ona będzie miała z reklam na YouTubie. Jak więc jej facet miałby zarabiać mniej? Chociaż jak napisała Segritta po czasie Dorota będzie zarabiała tyle, że powinno być jej bez znaczenia ile zarabia jej facet, bo wypłata ich obojga będzie znacznie przewyższała potrzeby finansowe. I tysiąc czy dwa w jakąkolwiek stronę nie powinien robić im różnicy. A już w ogóle stanowić o szacunku do drugiej osoby (to już dop. ja).

Facet musi być dobrze wychowany. I nie być feministą. 
W sumie to nie rozumiem większości założeń feministycznych, więc też nie mógłbym z jakąś femi być, więc i dobrze się składa, że taki punkt padł. Facet często (wiadomo, są wyjątki) ma swoje obowiązki, a kobieta swoje. Z naruszania tych płaszczyzn najczęściej nic dobrego nie wynika. Koleżanka z pracy powiedziała mi ostatnio, że to facet powinien być decydującym w związku, kierować finansami, brać zdanie kobiety pod uwagę, ale decydować. Bo kobiety często kierują się emocjami, a facet podejdzie do tematu racjonalnie. Spodobało mi się to niesamowicie, bo zawsze uważałem, że to facet powinien brać odpowiedzialność za związek. A jak ma brać odpowiedzialność, jeśli w rozumieniu niektórych kobiet nie ma być decydentem? To tak jakby prezes firmy ryzykował głową każdą decyzję, ale decyzje za niego podejmowałaby rada nadzorcza, a nie on sam. Nie wyobrażam sobie sytuacji w której to kobieta miałaby kierować moimi finansami, większość z Was dziewczyny pewnie zaprotestuje, ale to temu, że po prostu słabo/w ogóle, mnie nie znacie. Już jako 5 latek znacznie powiększałem ilość pieniędzy w Eurobiznesie. Potem było już tylko lepiej.

Inteligencja. 
Tu poleciała grubo, bo stwierdziła, że facet będący na tym samym poziomie intelektualnym co ona byłby... głupi. Świadczy to dość słabo, ale coś jest na rzeczy. Spotkałem w życiu dość sporo dziewczyn, które podobały mi się wizualnie, ale wystarczyło 5 minut rozmowy żeby zrozumieć, że nie tędy droga. I nie rozmawialiśmy o związku biografii Mickiewicza z jego tekstami, tylko o pracy, pogodzie czy zainteresowaniach. Czasami po kilku złożonych zdaniach jest się w stanie kogoś ocenić. Wiadomo, potrzeby są różne, wymagania również. Lubię, gdy kobieta umie się wypowiedzieć na ciekawe tematy, gdy ma zdanie na najbardziej aktualne sprawy. Gdy nie zamyka się tylko w temacie swojej pracy, jakiegoś pojedynczego hobby i mając klapki na oczach nie widzi nic więcej. Ja na przykład czytam stosunkowo mało książek, ale nie przeszkadza mi to w doinformowaniu się kto dostał ostatnią nagrodę Nike (nie, nie tę dla sportowców) czy kto wygrał Golden Bowl pomimo tego, że w życiu nie obejrzałem całego meczu futbolu amerykańskiego, bo zwyczajnie mnie nudzi. A jak już kobieta nie gra w gry, a wie jaki wynik na ostatnim turnieju osiągnął zespół Virtus.Pro to mógłbym się jej oświadczyć (chociaż nie planuję ślubu uważając to za dość zbędną formalizację czegoś, co może doskonale funkcjonować bez formalizacji).

Facet musi być męski. 
Wow. Tzn punkt spoko, ale argumentacja jak na panią psycholog poniżej pasa. Znaczy jakby męskość klasyfikowała wielkością poniżej pasa to byłoby dobrze, ale nie. Pokusiła się o stwierdzenie, że męski facet to taki, który nie obrazi się, jak mu powie, że jest głupi. Serio? Podejrzewam, że to taki cios w stronę któregoś jej byłego, który ją zostawił po takim zdaniu. Inaczej tego zrozumieć się nie da. Dalej jest jeszcze lepiej. Męski facet to taki, który jak dostanie od kogoś cios to odda. Ja w pewnym sensie rozumiem kult siły i nigdy w sytuacji podbramkowej nie cofnąłbym ręki, ale to chyba nie świadczy o męskości. Wg mnie męski facet to taki, który jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za cały związek. Rozwiązać wszystkie problemy, zaplanować życie i ciągnąć ten wózek. Męski facet to taki, który ma swoje zdanie i nie jest pantoflarzem. Wielokrotnie spotkałem znajomych z żonami na zakupach, którzy po kilku sekundach rozmowy i nerwowych spojrzeniach żony żegnali się tłumacząc, że przed nimi jeszcze długie zakupy i nie mają czasu na te kilka minut rozmowy po przypadkowym spotkaniu. Nigdy nie upadnę tak nisko. Serio. Jak upadnę to wklejcie mi ten tekst. A wezmę rozwód (uprzednio nie biorąc ślubu, o czym pisałem wyżej).

Wygląd. 
Tu najzabawniej chyba. Generalnie o ile chciałaby żeby facet był metroseksualny, wysportowany, ładny o tyle... jest jej wszystko jedno jak będzie wyglądał. Ciekawe podejścia zwłaszcza, że na pierwszych trzech randkach ocenia się głównie wygląd i podstawowe kwestia poglądowe. Nie oszukujmy się - jeśli ktoś mówi, że nie patrzy w związku na wygląd to kłamie. Jakimś cudem wybrał partnera/partnerkę, więc biorąc pod uwagę to, że obojętne jej jak będzie wyglądać jej facet to połowa 40 latków spełnia jej wymagania. A to raczej niezbyt wysoko postawiona poprzeczka, a ostrzegała na początku, że będzie trudno. Ja uwielbiam kolor jej szminki, a raczej kolory, bo w wielu filmikach używa świetnych odcieni różu,ale czy to podstawa żeby się zakochać? Niewielka.


W jej wyliczance podobało mi się jak widzicie wiele. Zauważam tam tylko jeden problem. Dorota chce być w swoim związku: biedniejsza, głupsza, gorzej obyta życiowo, z mniejszym doświadczeniem, mniej ambitna, gorzej wychowana. Czym więc oprócz ładnej buzi i wysportowanego tyłka chce skusić faceta? W jej rozumieniu ON ma cały czas tkwić w związku, w którym się nie rozwija! Pozostawiam pod rozwagę i zapraszam częściej. Znacznie częściej, bo listopad będzie dla mnie miesiącem o być lub nie być. Postanowiłem poświęcić Wam maksymalną ilość czasu. Pisać o sprawach ważnych, mniej ważnych, wrzucić nieco recenzji, ale też tekstów typowo lifestylowych. Czas pokaże co odbierzecie lepiej, co gorzej, a o czym nie pisać wcale... Nie no, nie czas pokaże tylko ja sam sobie.
Pozdrawiam.

PS. Zdałem sobie sprawę, że nie poruszyła najważniejszej w moim odczuciu sprawy. Przynajmniej dla mnie i większości facetów i kobiet. Większość dziewczyn w swoim "topie wymagań" wymienia dowcipność i uśmiech. Mi "micha" nie przestaje się cieszyć, bo niezależnie od sytuacji lubię do wszystkiego podchodzić z humorem. Nie wyobrażam sobie kobiety, która nie cieszyłaby się wszystkim i nie umiała wszystkiego obrócić w żart. Bo życie to swego rodzaju żart. Łapcie filmik do oryginalnej wypowiedzi. Ze względu na jej szminkę, użyjcie jej dziewczyny.


poniedziałek, 26 października 2015

Otwarcie Burger kinga w Bielsku-Białej. Relacja z ekscesów.



Z ekscesów albo ich braku. Możecie już przewinąć ten tekst. Serio. Znaczy Ci, którzy spodziewali się, że ludzie wyrywali sobie burgery spod twarzy, a inni wpychając się w kolejkę łamali stoły, a reszta biegła na schody pod prąd. Bielsko-Biała to nie Łódź. Stety. Ale po kolei.

Razem z Szymkiem wybraliśmy się na otwarcie. Nie z potrzeby zjedzenia darmowego burgera za 4,95, ale z czystej ciekawości jak to będzie wyglądało. W tym celu wstałem o nienormalnej porze 8,30 co było sporym, jak na blogera, obciążeniem organizmu. Nie lubię wcześnie wstawać i każdy kto mnie zna wie, że nie ma co do mnie dzwonić przed 10tą. Telefon wyciszony z wyłączonymi nawet wibracjami, udaremniający przerywanie mojego odpoczynku komukolwiek. Jak to mówi Kominek: jeśli ktoś umarł przed tą porą to mu nie pomogę. Jeśli zachorował, to do dziesiątej nadal będzie chory, zatem nie ma żadnej sytuacji w której trzeba wstawać wcześniej. Z wyjątkiem otwierania się nowych miejsc w mieście. No więc po uprzednim wyjściu z łóżka i wypiciu kawy mogliśmy wsiąść w auto i dojechać do Sfery2. A tam... dziwne. Kolejka na jakieś 80 osób. Nawet mnie to zaskoczyło, bo spodziewałem się jakiś 200. Na 100 burgerów, czyli bijatyki, przepychanek i ekscesów rodem z Łodzi czy Radomia (dawniej). Ale nie. Tutaj kulturalnie, kolejka, uśmiechy, czekanie, wspólne rozmowy w kolejce.


Irytowały mnie tylko dwie rzeczy. Pierwsza? Organizacja. Wiadomo - dają 100 burgerów na otwarcie, więc będzie 100 osób na bank. To taki pewnik. Czemu więc NIKT nie wpadł na pomysł, żeby zrobić to taśmowo? W sensie wiecie, na bank nikt w Burger kingu na zapleczu nie spał, ale można to ogarnąć chwilę wcześniej - otwarcie o 9, zrobić na 8,50 dość dużo burgerów, zaraz po otwarciu dać ile się tylko da. Mój i tak był na tyle letni, że chciałem go zwrócić, ale po 40 minutach stania byłem dość mocno głodny, więc nie chciało mi się czekać na kolejnego.


Druga rzecz? W połowie zrobili drugą kolejkę. I trzecią. I tym sposobem na początku byliśmy w kolejce na jakimś 80tym miejscu, a przy kasie jakoś na 101. Była konsternacja czy mają nam dać darmowe burgery czy nie i ostatecznie wzięliśmy  po Big Kingu. Wcześniej razem z zaproszeniem na otwarcie dostałem kupony na nie, więc tak i tak było za darmo. Dodatkowo Pani w kasie dorzuciła darmową Colę, więc niejako wyszliśmy na swoje. Fajnie zachowała się też po czasie dyrekcja Burger kinga. Za nami w kolejce było jeszcze z 50 osób. Docenili ich i po jakimś czasie rozkmin... im też dali darmowe Whoopery Jr. Fajnie, bo mogli powiedzieć, że 100 i koniec, a 50 osób poszłoby do domu wkurzone, że stali 30minut w kolejce za nic. A tak zjedli i pewnie wpadną znów.


Fotki z otwarcia wrzuciłem wcześniej na instagram. Śledzący mnie tam mieli więc relację szybciej. Nie żebym namawiał do obserwacji, bo dzieje się tam jeszcze stosunkowo niewiele, ale jak tylko zmienię telefon to ruszam pełną parą. Burgery, że tak powiem pomimo niskiej temperatury bardzo mocne. Od zawsze uważam Burger Kinga nie za typowy fast food, ale za coś lepszego. Wiecie, samo mięso jest o niebo lepsze, niż u konkurencji. Tak samo składniki. Cebula posiekana na grubo, spora porcja sałaty - powyżej macie fotkę. Specjalnie ugryzłem żeby było widać pełny przekrój (mogłem to jakoś rozciąć etc, ale sry, głód robi swoje xd).


Na pewno jeszcze wpadnę do Burger Kinga. Jest w ścisłym centrum, w Sferze 2 na 2 piętrze. Niemal na wejściu, więc nie sposób nie wpaść tam przy okazji shoppingu czy chodzeniu po mieście.



Tak jak obiecałem, po czasie wróciłem do Burger Kinga. Tym razem było o niebo lepiej. Zamówiłem Whopper Texas BBQ. W tej kanapce zdecydowanie urzekło mnie to, czego nie mogłem znaleźć nigdzie indziej. W każdym miejscu na świecie do hot-dogów dają prażoną cebulkę, natomiast nie spotkałem jeszcze nigdzie miejsca, gdzie dawaliby takową do hamburgera. Aż do kolejnej wizyty w Burger kingu. Świetne przełamanie lekkości burgera (bo generalnie i bułka i składniki były miękkie) z tym smakiem cebulki. Kapitalne. Kolega polecał jeszcze Crispy Chickena i możecie być pewni, że niedługo po niego wpadnę, bo uwielbiam kurczaka w chrupiących panierkach.

wtorek, 20 października 2015

Zabronione? Wchodzę! Jem wszystko na co mam ochotę. Otwarcie Burger Kinga w Bielsku-Białej.




Trochę czasu minęło od zakazu, jaki politycy nałożyli na młodzież. Nasi ustawodawcy poczuli się na tyle pewnie, że doszli do punktu, w którym bezpośrednio chcą ingerować w nasze życie. Co następne? Zakaz sprzedaży jedzenia osobom z nadwagą? Zakaz seksu po 22? Wycofanie ze sprzedaży gumek? No mniejsza, ale fajną inicjatywą popisali się Bielscy KORWiNiści, a mianowicie podczas przerwy rozdawali pod mechanikiem drożdżówki. Daleko mi od agitacji czy popierania jakiejkolwiek partii. To znaczy nie zrozumcie mnie źle, darzę sympatią jakieś tam ugrupowania, ale daleki jestem od tego, żeby przedstawiać je na tydzień przed wyborami. Róbcie co chcecie i co uważacie za słuszne. Natomiast pomysł z rozdaniem 100 drożdżówek, które dzieciaki zdążyły zabrać w ciągu pięciu dni natchnął mnie do napisania tekstu, a to chyba najważniejsze.

Zastanówmy się nad jednym. Czy ktokolwiek ma nam prawo nakazywać, bądź zakazywać jedzenia czegokolwiek? Znaczy wiadomo, jak tata Was spierze paskiem, bo jedliście grzybki halucypki to się nie zdziwię, ale dla mnie pewnego rodzaju kuriozalną sytuacją jest taka, w której ktoś mi mówi co jest dobre, a co złe. Przykładów znalazłbym całe mnóstwo. Lubię hamburgery (o tym później), a często ludzie wypominają mi, że to puste jedzenie i żebym tego nie ruszał. A niby dlaczego? Nie każdy musi jeść ryż z kurczakiem i zapijać to 2 litrami wody. Ponoć tak byłoby najlepiej dla organizmu, ale... czy dla każdego? Znam masę dziewczyn, które jedzą przykładowo batona i jedną bułkę dziennie. Albo zupę i bułkę. Tyle. To nie był skład jednego posiłku, tylko cała racja żywnościowa na dzień. Nie, nie chodzi o brak kasy, nie chodzi też o anoreksję. Po prostu tyle im wystarczy.


Niektórzy ludzie np nie tolerują cukru. Ja np słodzę 1 łyżkę do kawy, nie jem zbyt wielu słodyczy (za wyjątkiem czekolady, która jednak jest uzależniająca, więc to nie typowe słodycze, a zwykła potrzeba zaspokojenia głodu, a przynajmniej tak to sobie tłumaczę), ale za to... piję sporo Coca-Coli. Wiadomo, w butelce Coli będzie z 20 łyżek cukru. I szczerze? Mało mnie to obchodzi, piję co lubię i to co mi smakuje. Brzydzę się np takimi typowymi oranżadami gazowanymi. Nie pamiętam ile lat temu coś takiego piłem, natomiast... gdy wpadła mi w ręce dawno temu różowa Grappa to wypiłem 1,5 litra w 2h. Smakowała mi, aczkolwiek już do niej nie wróciłem. Przykład może uświadomić, że chodzi o zwykłe kwestie smakowe, nie problem z piciem czy jedzeniem czegokolwiek.

Masa ludzi mówi też mi, żebym nie pił energetyków. To taka moja druga miłość (tylko nie mogę dojść do tego co jest pierwszą ;) ). Problem w tym, że kto by mnie nie widział z energetykiem od razu wtrąca swoje "To jest niezdrowe!", "umrzesz na serce", "jak to śmierdzi" etc. W kwestii zdrowia to się nie wypowiadam, bo po prostu lubię energetyki, więc mało mnie to obchodzi. Czy palacz zastanawia się nad tym czy się truje? Nie. Lubi palić, więc pali, proste dość. Gdybym miał umrzeć na serce, to już dawno by mnie tu nie było. W dzieciństwie miałem problem ze szmerami, chodziłem na jakieś tam EKG, brałem tabsy i generalnie problem zniknął. Czy na stałe? Pojęcia nie mam, nie lubię chodzić do lekarzy, jak pewnie większość facetów, ale jak byłem z 2 lata temu to mówili, że jest całkiem spoko. A czy energetyki śmierdzą? Ja np ten zapach mega lubię, kwestia przyzwyczajenia. Nie lubię zapachu wódki, ale fotki z ostatniego weekendu krążą gdzieś po Instagramie, więc nie wyprę się, że jej nie piję. ;)

Z ludźmi krytykującymi moje jedzenie kojarzą mi się Jehowi. Spotkałem na swoich drogach kilku i zwykle mówią, że niby Twoje poglądy są spoko, ale jednak jego lepsze i powinieneś zmienić praktycznie... wszystko. To tak jak z ludźmi vege. Lubię ich do momentu w którym ktoś rzuci coś o szkodliwości mięsa, smutnej krowie czy masowych hodowlach. Jedź swoje, a ja swoje. Możemy pogadać o wszystkim, omińmy jeden temat i kochajmy się dalej. ;)



A temat jedzenia poruszyłem też przez inną sprawę, zapowiadaną już na fanpage. W Bielsku otwierają Burger Kinga. Wiadomo było o tym od pół roku, bo kartka wisiała i z wszystkich stron ludzie mi o tym przypominali, natomiast... to się w końcu urzeczywistnia! 22 października czyli już za 2 dni o 9 rano wielkie otwarcie. Dlaczego wielkie? Ano dlatego, że pierwsze 100 osób dostanie po Whopperze! Znaczy po Whopperze Jr, ale kto by tam patrzył na detale. Jest za darmo, jest otwarcie czegoś, na co czekało pół miasta (Łódź też kiedyś nie miała, a efekty odbiły się szeroko w internetach). Bielsko to nie Łódź, ale w sumie też mamy schody pod prąd, więc w razie czego będę kręcił. Na otwarciu Pizza hut nie było co kręcić w sumie, ale tam pizz było 500. Chętnych na wejściu było mniej więcej 150, więc za dwa dni czeka nas  walka xd Aaaa i uprzedzając: Mówcie że tuczy, mówcie że niezdrowe. Nie obchodzi mnie to. Każdy je co lubi. Czasami jem kotlety sojowe z sałatką z selera. A czasami jem burgery. Jem to co lubię, oczywiście z umiarem żeby trzymać wagę, bo najlepsza dieta to taka, na której jesz co lubisz, ale jesz tego tyle, żeby nie przytyć. Jak wrócę napiszę relację z otwarcia.

Reasumując: Widzimy się w czwartek o 9 rano w Sferze 2 w Bielsku-Białej.


niedziela, 11 października 2015

Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)


Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju. Od spożywki, poprzez sklepy diy (do it youself) po branżę agd/electro. Generalnie spotykam się z całą masą klientów, jednak da się ich w dość łatwy sposób uporządkować. Zrobię to dziś dla Was, bo miesiąc nie mogłem się zabrać za tekst i momentami mi aż głupio, bo codziennie bloga odwiedza dość sporo osób, które jednak odbijają się od pustych linijek. No cóż, nadrobimy.

A tymczasem...


1. Apacze.

Spotkał ich każdy, na każdym sklepie. Najbardziej znienawidzona grupa. Mają milion pytań, oglądają milion sztuk czegokolwiek. Wydają się konkretnymi klientami. Po dwóch godzinach obsługiwania dowiadujesz się, że córka miała ich odebrać z marketu, ale musiała jechać wcześniej po dziecko, więc weszli coś pooglądać. Albo mieli godzinę do autobusu, a akurat nie byli głodni, więc wpadli pogadać o pralce. Tyle, że swoją kupili 2 miesiące temu. Nie zaszkodzi zabrać trochę czasu sprzedawcy i pogadać o nowej. Na wypadek jakby się zepsuła... za 10 lat.


2. Wkurwieni.

O, tych nie lubię najbardziej. Żona im nie dała poprzedniego dnia, szef zwyzywał, a sąsiad popchnął na klatce schodowej po wczorajszej libacji. Gdzie by się tu wyżyć? Wiadomka. Pójdą gdzieś, gdzie musisz być miły, bo taki delikwent pójdzie do ochrony, albo kierownika. Albo dyrektora. Bo w końcu to, że nazwał sprzedawcę ch&^%m nie powinno powodować niemiłej odpowiedzi ze strony sprzedawcy. Cóż, powinno. Wiecie, możecie się starać, odpowiadać na setki pytań, ale zwykle i tak powiedzą, że jest się niekompetentnym i czemu tu się tu w ogóle pracuje. Gość po prostu chciał sprawdzić czy ktoś zareaguje tak samo jak on, gdy to samo mówił mu szef w pracy.



3. Eksperci.

To Ci dopiero grupa. Uwielbiam. Zwykle poznasz po tym, że nim zadadzą pytanie niemal sami na nie odpowiadają. Gdzieś trzeba popisać się wiedzą, ale linie do "1 z 10" były przeciążone. Zwykle pytania są głupie i nie mają związku z produktem. Ekspert natomiast przeczytał coś, czym można zabłysnąć przed partnerką. Albo powiedział mu to Marian przy wódce. Musi to więc być potwierdzone info.


4. Kumple.

Kumple to taka łagodniejsza grupa. Od początku skracanie kontaktu. Nie podejdzie aby zapytać o produkt... on od razu się przedstawi, poda rękę, odpowie na "Ty". Nie trudno odgadnąć motyw. Po 10 minutowej rozmowie o produkcie, ale przy okazji o jego pracy czy żonie zapyta o rabat. Ale nie o rabat. Zapyta o RABAT! Taki przez wielkie "R". Dla znajomych, przyjaciół czy rodziny. Bez tłumaczeń, że nie mamy takiego. On chce, przecież jest naszym przyjacielem. Nawet na wódkę zaprosi, nie zostawiając numeru kontaktowego.


5. Łowcy okazji.

Coś jak kumple, ale oni nie szukają pretekstu żeby pogadać o kasie. Dla nich to jest punkt wejścia. Zamiast "dzień dobry" usłyszymy "co jest w promocji i o ile możemy jeszcze zjechać z ceny". Plus wszystkie dodatkowe opcje w cenie oczywiście? Bo w sklepie u Józka było. On to generalnie dopłaca do zakupu. Wy nie? Dziwne.



6. Niezdecydowani.

Grupa najbardziej kradnąca czas. Potrafią być gorsi od Apaczy. Dlaczego? Ano dlatego, że oni nie mają kilku pytań zbijających czas. Oni mają MILION pytań. Zwykle o tą samą rzecz! Postawmy obok siebie dwie identyczne pralki i niezdecydowanego. Mamy godzinę z głowy. Znajdzie różnice. A potem się będzie zastanawiał która lepsza. SERIO. Nawet jeśli jedna będzie miała białe przyciski, a druga kremowe. Bo ma w łazience białe drzwi, ale kremowe kafelki.  I moje ulubione pytanie "którą by Pan wybrał"? Serio?


7. Zabiegani.

Wybraliby coś, ale nie maja czasu. Przeciwieństwo Apaczy. Niby mają sto pytań, ale cały czas biegają podczas rozmowy. Odbierają telefon od Andrzeja, który już czeka w drewutni, aby obalić pół litra  zrobić deal na sto milionów. Mamy więc nasze "pięć minut". Albo on to kupi tu, albo gdzie indziej. Presja czasu. Zabiegani liczą na błąd. A błąd to rabat. Wiecie.


8. Zwykli klienci.

Tych jest najmniej. Serio. Nie ma takich typowych, którzy przyjdą, wybiorą coś, po czym zadadzą ze dwa czy trzy pytania utwierdzające ich w tym naturalnym dla nich wyborze, po czym wyjdą z rzeczą której szukali.


Komplikacje to nieodłączny proces pracy z ludźmi. Nie wyobrażam sobie jednak pracy bez ludzi. Znaczy tutaj mam Was nieco w innej formie, jednak doceniam niesamowicie. Moglibyście więcej pisać, ale jak ja to mówię, nie można mieć wszystkiego. ;)

Jakaś część z Was zapewne pracuje w handlu. Jakie jeszcze typy klientów spotkaliście?

PS. Założyłem w końcu konto na Instagramie. Będzie bardziej prywatny niż blog, ale co jakiś czas coś z niego dla Was wrzucę. Dlaczego nie. W końcu znacie mnie dłużej, niż oni. Dychotomia my-oni zawsze spoko. #teamtestandwrite


środa, 9 września 2015

Szukanie dziewczyny, czyli... do czego ludzie są zdolni, aby znaleźć miłość



Wiecie trochę o mnie, więc wiecie też, że jestem po filologii polskiej na specjalności medialnej. Wiadomo, od lat i bez studiów interesowałem się reality show, ale obecność na studiach dała mi na to inne spojrzenie. Już z czasów Big Brothera mocno zachwyciła mnie konstrukcja programu, w którym podgląda się zachowanie ludzkie. Bliżej mi było wtedy do socjologii, bo zastanawiałem się bardziej nad tym co może zrobić człowiek zamknięty w jakiejś roli, a jednocześnie zamknięty w domu i w formułę programu. Obecnie obserwuję głównie te kreacje. Postawy, sposób pokazania tych ludzi w ten, a nie inny sposób. Te programy to nie tylko gra o zwycięstwo, bo ono zwykle niewiele daje. To gra przede wszystkim o siebie. Wielokrotnie osoby, które w programach nie były nikim ważnym potem odnosiły medialny sukces.


Moja koleżanka pisze pracę o erze programów rozrywkowym po Big Brotherze. Szczerze propsuję i zazdroszczę, bo to temat bardzo pociągający. Ktoś kto oglądał jacuzzi w wykonaniu Frytki i Kena nie przejdzie obojętnie koło lecącego właśnie programu rozrywkowego. A co dało to samym uczestnikom? Frytka do dziś pracuje jako prezenterka, wybiła się i pomimo, że prowadzi głównie jakieś niszowe programy w których czyta gazety i opowiada o ploteczkach to jest to niewątpliwy sukces kogoś, kto nie miał ani predyspozycji, ani wykształcenia w tym kierunku. Kenowi dało to lokalną sławę - nie ma w Kętach bywalca barów (albo baru, bo nie wiem ile ich tam w Kętach jest), który nie miałby okazji wychylić jednego z Kenem. No cóż, każdy pożytkuje swoją szansę inaczej. Jednak najważniejsza w temacie Big Brothera jest... miłość. To ona napędzała program. Frytka z Kenem, do tego związek Karoliny z Grześkiem. Może mniej burzliwy, ale przetrwał program i kilka dni po. Pokazało to taką rzecz na którą wtedy nikt nie zwracał uwagi. Ludzie nie chcą oglądać ludzi na ekranie. Chcą seksu, potu, krwi i łez. Big Brother rozpoczął, a kolejne programy dają coraz więcej.


Obecnie na ekranie TVNu możemy trafić na drugą edycję "Kto poślubi mojego syna". Uczestnicy nie mogą może liczyć na sławę pokroju Dody z pierwszego Baru, ale walczą o życie medialne. Jakie? Już w pierwszej edycji było wiadomo, że większość z nich kręci się w pobliżu świata mediów. Większość dziewczyn (chociaż patrząc na niektóre zrozumieć nie mogę) jest modelkami. Artur pracował już nawet przy kilku produkcjach TVNu typu "Kocham Enter". Wychodziło by na to, że albo nikt tam żony nie szukał albo poszły tam osoby chętne na chwilową sławę, a które przy okazji mogą znaleźć kogoś. Niekoniecznie w programie, bo przecież patrząc na inny program - "Rolnik szuka żony", to Adam, któremu w programie dobrano, no, nie obrażając "dość mocno przeciętne" dziewczyny po programie złapał pułap jego możliwości. I to mocny pułap. Ale o tym potem.

Takie programy są kapitalne, bo pomimo, że mam już swoje lata, to nigdy nie wpadłbym na pomysł konsultacji mojego życia intymnego z mamą. Serio. Fajnie natomiast oglądało się wczoraj (bo oglądałem na necie, nie dałbym rady przeżyć 4 reklam podczas 40minutowego programu), gdy strongman ważący dobre 120 kilo pytał dziewczynę o znaki zodiaku, a potem konsultował z mamą czy to dobrze. Sam pewnie niespecjalnie pamiętał swój. Zresztą nic dziwnego. Ja np. w astrologię nie wierzę. Można wierzyć w siebie i to czego chce się dokonać, ale żeby uzależniać życie od tego, że jest się strzelcem? Miejsce w którym się rodzicie jest mocno przypadkowe, czas również. Nie wpływają na nic. Znaczy miejsce może na zasób portfela, ale na nic więcej.








Rolnik szuka żony też zapowiada się genialnie. Genialnie, bo większość dziewczyn tam idących nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda praca na wsi. Można pisać setki zdań o tym jak wieś nie przyśpieszyła, jaka jest zmechanizowana i zmotoryzowana. Mnie to nie rusza. Wieś to wieś. Nie przeprowadziłbym się na nią. No chyba, że taką nowoczesną. Bielska Straconka to też prawie wieś - wiecie, domy, pola, ale jednak do miasta jedzie 11tka jakieś 3razy na godzinę, a autem jest stamtąd niewiele dalej niż ode mnie. Tyle, że tam nie ma hektarów zboża, rzepaku i baranów. Lubię barany, ale głaskać, nie zarzynać. Nie żebym był vege, ale wiecie - niech to robią Ci, którzy lubią taką pracę. Ja lubię mięso, inni pralki które sprzedaję i niech każdy robi swoje. 


Ciągnąc początkowy wątek telewizja daje nam coraz większy udział w życiu uczestników reality show. Kiedyś na uczelni poruszyłem temat Warsaw Shore. Większość była oburzona. "Co oni tam nie robią", "jak można na to patrzeć". Prawda jest taka, że nie robią niczego co nie dzieje się na każdej typowej imprezie. Część waszych znajomych całowało się na imprezie, podrywało dziewczyny niemal na ilość, a nie jakość i bywało w kilku sypialniach niekoniecznie w dużym odstępie czasowym. I to, że się tym nie chwalili nie oznacza, że naprawdę ich nie znacie. (Potrójne zaprzeczenie, "dajcie łapkę w górę".) Oznacza to tylko tyle, że nie znacie tej jednej z wielu ich ról. Uczestnicy Warsaw Shore na co dzień mogą być aniołami. Weszli w rolę, formułę i dalej już poszło.

Let's get party. Bo po nas zostaną tylko fotki. I kilka wspomnień.


PS. Chyba na fotkach na profilu prywatnym musiałem wyjść na zbyt zarośniętego, bo przyszedł mi balsam po goleniu. Wykorzystam niedługo, bo jeszcze wezmą mnie za imigranta... :/

środa, 26 sierpnia 2015

Zemsta Stalina! Barszcz Sosnowskiego atakuje.


Taki nietypowy wpis po czasie. Jak wiecie, albo i nie wiecie, bo przecież nie wszyscy czytelnicy obserwują mój prywatny profil doszło do swego rodzaju rozłamu. Bloga będę prowadził już samodzielnie i autonomicznie. Ma to swoje minusy i plusy. Sami po czasie ocenicie. :) Brak wpisów w ostatnim czasie spowodowany był jeszcze dwoma sprawami. Pewnie pamiętacie moje pisanie licencjatu dwa lata temu? Jeśli nie to powiem Wam, że pisanie czegoś takiego to zredukowanie czasu życia do minimum, żeby zdążyć przed deadlinem. I tak nie zdążyłem, ale staram się żeby czymś kartki zapełniać. Poza tym rozstanie znacznie wpłynęło na mobilizacje do czegokolwiek. Ograniczyłem się do pracy (bo w sumie jestem pracoholikiem ;) ) i oglądania seriali, bo bingle o którym pisałem zaczyna być moją drugą sympatią. ;) W ostatnim czasie i w sumie przez przypadek (nie miałem internetu 2tygodnie i w tym miejscu pozdrawiam MNI Telecom) obejrzałem ponownie Prison Break. Najlepsze jest jednak to, że kilka dni po obejrzeniu... dowiedziałem się, że 5 sezon jest w trakcie kręcenia. W sumie nie dziwię się, Wentworth Miller nie wypadł w niczym tak dobrze, jak właśnie w tym serialu. Niby 4 sezon uciął możliwość kontynuacji w przód, ale twórcy wpadli na pomysł kręcenia prequela. Ponoć akcja rozpocznie się 10 lat przed wydarzeniami z pierwszego sezonu. Nie mogę się doczekać. W międzyczasie oglądam też Homeland. Ta blondynka ma w sobie coś urzekającego. Póki co jestem pod koniec 2 sezonu. Jeśli zginie to już tego nie włączę. ;) Miałem tak z House of cards. Tak bardzo polubiłem Zoe, że gdy zginęła odechciało mi się kontynuacji serialu. Już nie wróciłem.


Ale ja miałem o czym innym zupełnie pisać. Wiecie, ostatnio w telewizji był mega BOOM na barszcz Sosnowskiego. Cała Polska miała walczyć. Niemal ze sztachetami i widłami. Mieli masowo je usuwać, zniszczyć i doprowadzić do stanu zerowego. Tyle, że... wjeżdżając do Goleszowa oprócz tych pięknych stworzeń na górze można zauważyć takie ładne roślinki. W sumie wyglądają dość ciekawie, poza tym, że można się poparzyć samymi oparami...



Podczas spaceru na stację kolejową (ok, jeździ tam 5 pociągów dziennie, ale jednak jeszcze jakieś jeżdżą, a co za tym idzie wysiadają z nich ludzie...) można trafić na taką sporą grupkę. Jak wiecie, bo TVNy i inne faszerowały nas informacjami o barszczu tak mocno jak niczym innym, przez samo przejście obok barszczu można umrzeć. Można też mieć poparzenie 2-3 stopnia i pęcherze nie schodzące miesiącami. Niby mają się tym zajmować samorządy, gminy, właściciele posesji... ale...










... jak widać ten barszcz rośnie sobie spokojnie i nikt mu nie przeszkadza.  Ten wyżej był w sumie na około 2,5 metra wysokości. Stoi centralnie przy torach. Zainteresowania gminy raczej nie ma. Wątpię też żeby kolej się tym interesowała, bo w tym miejscu raczej kolej wymiera (złomiarze ukradli trakcje w okolicy Jasienicy, potem w okolicy Skoczowa i tym samym połączenia Bielsko-Cieszyn umarły, pozostały tylko połączenia Katowice-Wisła, właśnie 5x dziennie). Jakieś pomysły? Oprócz ekologicznej straży miejskiej, bo skoro nie zajęli się barszczem znajdującym się w pobliżu Bielskiej hali pod Dębowcem, obok której w piątek był koncert Eneja z kilkoma tysiącami widzów to tym raczej też się nie zajmą. ;)


O. Jedynie szlaban nas ratuje przed barszczem, ale jak widzicie po fotkach ciężki do pokonania nie był. xd
Do poczytania, tym razem wcześniej. ;)

sobota, 11 lipca 2015

Z GorVitą na wakacjach


Od kilku dni znów możemy cieszyć się upalną pogodą, chociaż nie dla każdego to dobrze i zdrowo, ale ja uwielbiam takie upały. Niestety jakimś dziwnym trafem zawsze jak jest upalnie to akurat muszę być w pracy, a kiedy już mam wolne to albo muszę pozałatwiać zaległe sprawy albo na niebie pojawiają się chmurki, które średnio co 5 minut zasłaniają mi słoneczko :( . Myślę, że może przydałoby się wziąć jakiś urlop pierwszy raz w życiu, ale pewnie jak na złość będzie padać. Nie jestem pesymistką, ale wiecie jak to zwykle bywa. 

Jednak są tacy, którym udało się uszczknąć kilka dni, a może nawet kilkanaście i wyjechali na wakacje do jakiegoś rajskiego miejsca na naszej pięknej planecie. Nie ważne czy to Mazury czy Rodos pamiętajcie, że zawsze trzeba mieć kilka ważnych akcesoriów ze sobą, aby czuć się komfortowo i bezpiecznie podczas błogiego wypoczynku, żeby nie powiedzieć lenistwa. Oprócz stroju kąpielowego, ręcznika i kapelusza powinniście zabrać ze sobą specjalne preparaty, takie jak:
  • żel po opalaniu, który łagodzi skutki poparzeń słonecznych,
  • preparat łagodzący ukąszenia owadów,
  • balsam nawilżający albo odżywczy, bo opalona skóra szybciej się starzeje :P,
  • inne preparaty...

Uff... i znów opłata za nadbagaż. Nie można z tego wszystkiego zrezygnować, ale można pomyśleć o łatwiejszym rozwiązaniu. Jakim? Zamiast tych wszystkich produktów możemy wybrać jeden, który zapewni nam kompleksową ochronę. Mówi się, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego, ale w tym przypadku to nie prawda. Przedstawiam Wam Panthenol Żel od jednego z moich ulubionych producentów kosmetyków naturalnych czyli GorVity. Produkt łagodzi podrażnienia skóry spowodowane:
  • nadmiernym opalaniem,
  • ukąszeniem przez owady,
  • poparzeniem m.in. przez meduzy,
a także stanowi kurację odżywczo-regenerującą dla skóry suchej i alergicznej, ponieważ żel jest hipoalergiczny. Żel stworzony jest na bazie naturalnych składników czyli Panthenolu, a dokładnie kwasu pantotenowego, ekstraktu z aloesu, alantoiny oraz witamin A, E i F. Nie będę Was zanudzać suchymi faktami na temat tych składników, co swoją drogą jest nawet dość ciekawe i bardzo ważne, ale polecam doczytać i zainteresować się naturalnymi składnikami i produktami. Ja od dłuższego czasu wyszukuję na rynku odpowiedników standardowych produktów kosmetycznych wśród kosmetyków naturalnych.

Dodam jeszcze, że Panthenol Żel od GorVity przyda Wam się nie tylko w sezonie letnim, ale także w zimie, ponieważ chroni skórę przed niekorzystnym działaniem czynników zewnętrznych, którymi nie tylko są promienie słoneczne, ale także wiatr i mróz. Kwas pantotenowy głównie odpowiada za gojenie się ran, więc skutecznie złagodzi skutki mikrouszkodzeń i pęknięć naskórka. Tyle dobrodziejstwa zamknięte w 100ml żelu. 

Żel można aplikować kilka razy w ciągu dnia albo w zależności od potrzeb, delikatnie wmasowując w skórę aż do wchłonięcia. Produkt łagodnie chłodzi i szybko się wchłania, a do tego zostawia delikatny lekko słodkawy zapach, który dość szybko się neutralizuje.



Gorąco polecam Panthenol Żel od GorVity na wakacje i nie tylko oraz dodam, że produkt nie jest testowany na zwierzętach co dla mnie też jest ogromnie ważne. Jeżeli jesteście zainteresowani tym produktem to zapraszam na stronę GorVity do zakładki Gdzie kupić?, gdzie po zaznaczeniu swojego regionu otrzymacie listę miejsc gdzie można nabyć produkty. Dodatkowo pod mapą jest lista sklepów on-line. W jednym z takich sklepów Panthenol Żel możecie kupić za niecałe 14 złotych, a do wyboru jest też piana o takich samych właściwościach. Uważam, że warto i na pewno nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Polecam raz jeszcze, Magdalena.

środa, 8 lipca 2015

Drama: kurierzy



Jako bloger mam dużo więcej kontaktu z kurierami, niż większość ludzi. Wiecie, może gratisy nie pchają mi się oknem, ale każdymi drzwiami to już tak. Problem pojawia się wtedy, gdy kurier jest na tyle nieogarnięty, że swoją postawą skutecznie zniechęca blogera nie tylko do firmy, którą reprezentuje, ale także do firmy, która paczkę wysłała. Dlaczego? Ano dlatego, że posłali tą, a nie inną firmą, która ma standardy tak niskie, że trudno mówić o standardach.

Ostatnio w necie pełno dram z udziałem kurierów. Paweł Opydo dostaje raz po raz uszkodzone paczki, Matyldzie Kozakiewicz nie chce pomóc nawet centrala. A co stało się nam? Opiszę pokrótce czemu straciłem resztki szacunku do GLSu.

Poniedziałek - dostajemy smsa o tym, że paczka nadejdzie dziś między 10 a 13. Już pominę, że chociażby z Jedynki czy z DHLu takiego smsa dostaję DNIA POPRZEDNIEGO żebym mógł zaplanować pod to poranek (tak, dla blogerów, promotorów i merchendiserów 10-13 to poranek). No więc trudno, uznajemy, że siedzimy w domu do tej 13tej i czekamy aż zjawi się kurier. Była to dość ważna przesyłka, bo biorąc udział w kampanii z TRND miałem dostać pakiet wejściowy soczewek kontaktowych. Jak pewnie wiecie chodzę na co dzień w okularach, ale przeszkadzają one w niektórych czynnościach. Np. graniu w piłkę. Kilka razy grałem w okularach, ale raz skończyło się na przecięciu łuku brwiowego i wymianie okularów. Drugi raz byłoby mi szkoda, bo teraz mam ciut droższe okulary. Problem w tym, że gdy gram bez okularów to zdarza mi się zbyt późno oceniać odległości. Niby 1,5 wady, ale przy graniu robi różnicę... Wracając jednak do tematu: czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy i... nic. O 14,30 wyszliśmy z domu, bo wiadomo, kurier to nie ktoś, kto może dezorganizować mi dzień. Jak umawiam się ze znajomymi to mam zresztą tak samo. Jak ktoś się umawia na 12, a przychodzi o 13 tej to często mnie nie zastanie. W końcu umowa, to umowa. No chyba, że zadzwoni o 11 i zapyta czy możemy przełożyć o godzinę. Zwykle nie możemy, bo dzień planuję już w dniu poprzednim.

Środa - wchodzę na śledzenie przesyłki, bo wydało mi się dziwne, że skoro kuriera nie było w poniedziałek, to powinien być we wtorek, a tam niespodzianka... o, był. W poniedziałek 17,50. 5 godzin po czasie. Oczywiście odpalam maila i piszę do centrali jakim zwyczajem powiadamia się kogoś, że będzie 10-13, a jest prawie o 18. Pani odpisała, że te smsy to pic na wodę (pytanie tylko po cholerę marnują sobie budżet na nie) i są wysyłane z automatu. Czyli że wysyłają 10-13 a kurier może być 8-18 bo tak pracuje. Wiedziałem, że kontakt z tym całym GLSem nie skończy się dobrze. Pani zapewniła, że kurier w takim razie przyjedzie dziś (we środę). Zrobiliśmy sobie Day off. Jakieś seriale, porządki domowe, generalnie siedzieliśmy cały dzień w domu. Patrzę wieczorem na stronę i skoczyło mi ciśnienie. Skurwiel sfałszował wizytę! Znów był u nas niby o 17,50. A o 17,52 oddał ją do ich parcel shopu. Zrobiłem screena i wysłałem do centrali informację o fałszowaniu wizyt. Sprawdzili mu ponoć GPSa. Problem w tym, że Parcel shop leży 2 ulice dalej i mógł zwyczajnie przejeżdżać obok mojego mieszkania, ale nie dzwonić... Uznali, że z ich strony jest ok, bo zostały spełnione 2 wizyty i mam sobie jechać do Parcel shopu. Jeśli nie odbiorę do końca tygodnia to odeślą do centrali w Komorowicach (z 10 kilometrów od mojego domu).


Czwartek - z samego rana piszę do centrali, że oczywiście do żadnego Parcel shopu nie pojadę, bo skoro zamawiam kurierem to kurierem, no i nie spełnili wymogów (minimum 2 wizyty kuriera). Pani odpisała, że kurier będzie się z nami kontaktował i podjedzie w piątek lub poniedziałek, w zależności jak nam pasuje. Wreszcie osoba z IQ na poziomie. Problem w tym, że idiota za kółkiem ma gdzieś zalecenia "góry".


Piątek - Madzia jest w pracy i dzwoni kurier. Oświadcza, że przywiezie paczkę do 30minut do domu. Madzia mu tłumaczy na spokojnie, że jego przełożona poinformowała nas, że ma zadzwonić PRZED wizytą i się na nią umówić na piątek lub poniedziałek. Dla mnie przed to nie jest "niemal stoję pod domem, otwórzcie" tylko poprzedniego dnia. No cóż, każdy ma inny umysł. Kierowca dodał, że w poniedziałek to mu się nie chce i ma być w piątek. Za pół godziny. "Bierze pani czy nie". No to Madzia mu tłumaczy, że jest w pracy i nikogo nie ma w domu..., że może przyjedzie tam? W końcu większość cywilizowanych firm kurierskich tak robi. No więc GLS nie. To nie jego rejon. Pojedzie więc zostawić awizo. No i przychodzę do domu, a tam rzeczywiście awizo, w dodatku leżące NA SKRZYNCE zbiorczej, a nie w naszej skrzynce. Pomięte, wypisane jak przez 10 latka. BEZ ADRESU odbioru. Kompletnie żadnego. W okolicy jest 20 parcel shopów GLSu. Szukaj wiatru w polu.


Poniedziałek - (bo w weekend nikt w ich firmie nie odbiera) - dzwonimy do firmy. Tym razem ktoś inny odebrał. Według nich wszystko jest ok. Parcel shopu też nie znają. Kurier w trasie. Uznałem, że może chociaż ma te kilka szarych komórek, żeby zostawić paczkę w najbliższym Parcel shopie, a nie w jakimś w Komorowicach. Sprawdzam stronę... mam jakiś na Złotych Kłosów. Wprawdzie nie było numeru, a sama ulica, ale uznałem, że jakoś znajdziemy. Poszliśmy, paczka leżała. Problem w tym, że kod był do wykorzystania w 1,5tygodnia, a wizyta badania wzroku miała się odbyć nie w Bielsku, a w Tychach. Czasu na wyjazd firma kurierska mi nie pozostawiła. Podesłałem info firmie organizującej akcję. Co z tym zrobią ich sprawa. Link do wpisu też im wyślę. Niech wiedzą jak się traktuje ich przesyłki.

PS. A poniżej klasyczna jazda do klienta.


niedziela, 28 czerwca 2015

Pudding Winiary - pomysł na deser każdego dnia


Pewnie lubicie budyń? My z Dawidem też, z resztą kto nie lubi delektować się tym pysznym deserem mlecznym. Spróbowaliśmy już chyba wszystkich smaków, ale Dawid i tak najbardziej lubi te tradycyjne, czyli waniliowy i czekoladowy. Natomiast ja ze względu na to, że nie mogę spożywać produktów tego typu robię sobie budyń sama, ale czasem można zgrzeszyć. 

Zazwyczaj budyń jemy na ciepło, ale oboje dobrze wspominamy smak budyniu na zimno w kubeczku z bitą śmietaną na wierzchu, który proponuje teraz już kilku producentów. Dla mnie jest to jeden ze smaków dzieciństwa, ale dla wielu z Was pewnie także.

W tym sezonie dobrze znana marka Winiary wprowadziła na rynek Pudding na zimno w dwóch smakach: waniliowym i czekoladowym, który każdy z nas może przygotować sobie sam we własnym domu. Dawid ucieszył się na tę wieść, więc podczas najbliższych zakupów postanowiłam kupić oba smaki. Pudding waniliowy zjedliśmy właśnie w takiej formie jak te sprzedawane w ubeczkach, czyli z kleksem bitej smietany na wierzchu i wiecie co? Smakował... albo nie od początku, muszę Was trochę pomęczyć.


 Oto co potrzebujecie do przygotowania deseru Winiary Pudding na zimno, czyli tak jak sugeruje producent:
  • torebka Pudding na zimno Winiary,
  • 300ml zimnego mleka (u mnie 400ml, ponieważ miał wystarczyć na 3 porcje),
  • blender ręczny.

Wsypujemy zawartość saszetki do schłodzonego mleka i zaczynamy miksować.


Na opakowaniu przeczytacie, że wystarczy 1 minuta, aby nasz deser był gotowy, ale nie mogę się z tym niestety zgodzić... to trwa znacznie krócej. ;) Pudding gęstnieje bardzo szybko, ale jeśli macie jakieś obawy możecie miksować dłużej. Gdy masa jest gładka i lśniąca nasz deser jest gotowy.

Moja propozycja podania

Biorąc pod uwagę fakt, że właśnie w ten dzień wróciliśmy z ogródka  z pełnym kubeczkiem poziomek postanowiłam, że zaproponuję jakiś ciekawy lekki deser z wykorzystaniem Puddingu na zimno Winiary. Wystarczy na dno szklanki lub pucharka wyłożyć budyń, poukładać na nim ulubione owoce, następnie bitą śmietanę (u nas w sprayu do dekoracji), jeszcze raz Puddingiem i na końcu udekorować owocami i bitą śmietaną voila i mamy deser gotowy. 

Pudding na zimno Winiary warto zawsze mieć w domu, bo jeśli trafi nam się wizyta niezapowiedzianych gości, których wszyscy uwielbiamy ;) to wtedy możemy szybko i sprawnie przygotować coś pysznego na deser.

Życzymy smacznego :)


A już wkrótce przeczytacie moją historię o wypadku w pracy z "krwiożerczą" zmywarką i o tym jak na ratunek przyszły mi Minionki i plastry Salvequick.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Archiwalne posty