czwartek, 12 lutego 2015

Zaopatrzeni w nowe kalendarze na rok 2015!


Zdradzę Wam na początek pewien sekret. Co roku praktycznie nie używałem terminarza... bo zwyczajnie nie odczuwałem takiej potrzeby. W poprzednim roku dostaliśmy paczkę, o której pisaliśmy tutaj, od wydawnictwa Tebra, którego produkty są dostępne na stronie internetowej terminarze.pl. Trochę go poużywałem, ale bardziej jak typowy facet, który raczej niezbyt często nosi coś takiego przy sobie. Jednak nastał luty tego roku, a ja odczuwałem brak czegoś takiego przy sobie... :) Dość nietypowe, ale jednak uznałem, że roku bez terminarza nie chcę spędzać. Napisałem do firmy czy są chętni na powtórkę. Pani Kasia odpisała, że tak... a po jakiś trzech dniach zaskoczyła mnie paczka. Czemu zaskoczyła? Ano prosiłem o dwa kalendarze, a dostałem... cztery. :) Tym sposobem we wpisie, który teraz otwarliście zobaczycie jak wygląda część produktów mojego ulubionego producenta terminarzy. Otrzymaliśmy terminarz piłkarski, tenisisty, jeździecki oraz wędkarski.


Na pierwszy ogień idzie piłkarski, bo zajmie miejsce na mojej półce. Albo w mojej torbie. Podoba mi się w nim na pewno to, że zdjęcia nie są monotonne. Mamy na kolorowych stronach fotki z piłki nożnej męskiej, damskiej, jak również nawet z futsalu. Zacząłem nieco od środka, a mocne słowo należy się okładce. Naprawdę uwielbiam okładki tych terminarzy. Nie jest to taki standardowy gruby karton w który obite są zwykłe kalendarze innych firm. Ta okładka jest taka miękka, można by rzec puszysta. Terminarz fajnie się trzyma, sprawia miłe wrażenie i chętnie się do niego wraca. Niby nie powinno się oceniać nic po okładce, więc idźmy dalej.


Lewa strona to również mocny atut. Miejsca jest na niej bardzo dużo, więc spokojnie starczy na zapisanie najważniejszych informacji. Całość na tle obrazków piłkarskich co sprawia równie dobre wrażenie. Z tyłu nieco informacji, co prawda dla prawdziwego fana piłki trochę zbyt podstawowych, ale nie ma co wybrzydzać, w końcu terminarz to nie encyklopedia Fuji.


W zeszłym roku też Wam wrzuciłem tę stronę, bo zdecydowanie się z tą tezą zgadzam. To nie są zwykłe kalendarze. To coś więcej. Niby od terminarza czy kalendarza wymagamy tego, żeby miał wszystkie dni i kilka linijek do zapisania... ale wydaje mi się, że od wszystkiego trzeba wymagać czegoś więcej i terminarze Tebry te wymogi spełniają.


Teraz będzie kilka zdjęć z terminarza tenisisty. W sumie w tenisa jako tako nigdy nie grałem, ale terminarz ma podobny styl do piłkarskiego. Powyżej znajdujący się na początku kalendarzyk żeby zaznaczyć coś o czym przerzucając kolejne dni moglibyśmy zapomnieć. Chociażby mój dentysta. Średnio maksymalnie dwa razy do roku...częstszych terminów nie ma nawet prywatnie. Wypada więc zapisać to z przodu żeby o tym nie zapomnieć. Z prawej tzw "obwoluta" okładki, chociaż ten termin może być nieco chybiony, nie znam się, ale wykonanie ładne.


O, tutaj macie fotkę typowej strony, bo te ilustracje z prawej to tylko jakieś 10 tygodni w roku. Większość wygląda właśnie tak. Cieszy mnie to bardzo bo uznałem, że będąc na 5 roku studiów i tak nie noszę zeszytów, więc będę sobie tam zapisywał najważniejsze rzeczy z zajęć. Będzie to taki terminarzo-zeszyt. No i bardziej się do niego zdążę przywiązać.


Fotki są śliskie i dobrej jakości. W sumie w tenisowym jest mniej postaci, natomiast więcej rakiet, piłek etc. Może to kwestia praw autorskich do wizerunku tenisistów? Nie wiem, być może. Chociaż w sumie nie sprawia mi różnicy czy byłby tam Jerzy Janowicz czy rakieta z piłkami. Obie fotki byłyby ciekawe.


Przejdźmy do wędkarskiego, który podoba mi się paradoksalnie najbardziej. Paradoksalnie, bo nie mam zbyt wiele wspólnego z wędkarstwem. Kiedyś coś tam łowiłem na Mazurach, potem z wujkiem w Żywcu, jednak nie mogę powiedzieć tego, żebym był jakimś zapalonym wędkarzem. Może gdybym miał kartę, samochód, wędki, najlepiej dom z piwnicą w której bym upchnął cały ten stuff to byłoby mi do tego bliżej. No ale mieszkamy w m4 w którym ciężko byłoby o pokój wędkarza hehe. Powyżej pierwsza strona. Wszystkie kalendarze taką mają, w sumie zaraz zabiorę się za uzupełnienie w piłkarskim.


To pierwsza rzecz, która mi się strasznie spodobała w tym terminarzu. Opis ryb. Na samym początku, gdzie w jeździeckim są np info o najbliższych stadninach, tutaj mamy ciekawy i przejrzysty opis każdego rodzaju ryb, które złapać można w Polsce. Przydatne dla początkujących.


Kolejna rzecz, która mnie mega pozytywnie zaskoczyła, a której niestety zabrakło np. w piłkarskim. W każdym miesiącu mamy informację o tym co aktualnie warto łowić, a które ryby są pod ochroną. Terminarz zdecydowanie robił ktoś z pasją. Przecież w piłkarskim też można było wyszukać informacje o rozpoczynaniu się ligi, pucharów, o finale Ligi Mistrzów etc. Nie dodano nic. To w sumie nie aż taka duża wada, ale na tle wędkarskiego akurat piłkarski wypada bladziej. Ciekaw jestem jak wygląda łowiecki, bo sprzedają się one co roku najszybciej. Musi tam być solidna dawka informacji.


Na koniec na chwilkę o jeździeckim. W zeszłym roku kalendarz jeździecki doczekał się osobnego wpisu, więc teraz dwa zdjęcia i słowo o tym, o czym nie wspomniałem przy innych terminarzach. Terminarz ten ma najfajniejszą aurę. Jest taki ciepły - pewnie wiecie o co chodzi. Na każdej stronie konie, ich pozytywny wizerunek, aż miło się je otwiera. 

Na końcu jeszcze fajny dodatek, również będący w każdym terminarzu, notatnik od A do Z. W sumie można tam wrzucić telefony czy adresy, cokolwiek chcecie. Ja pewnie będę tam miał cokolwiek co muszę zapisać na szybko i o tym nie zapomnieć.

Zapomniałem o jednym... cena. W zeszłym roku kosztował 29,99, w tym już 34,99 jednak nadal nie wydaje mi się to dużo. Po pierwsze widziałem znacznie droższe kalendarze, a wyglądające na tle terminarzy Tebry słabiej, a po drugie... to niecałe 10 groszy dziennie. 10 groszy, które przez dobrą organizację pracy pomnożyć możemy znacznie!

Jeśli Wam się spodobało, to zapraszam na stronę sklepu terminarze.pl.
Pozdrawiam i idę się brać za wpisanie najważniejszych rzeczy, Dawid.
 

wtorek, 10 lutego 2015

Przesyłka na naszą 4 rocznicę wprost z Saragossy! Pomysł na Walentynki 2015


Jakiś czas temu zgłosił się do nas właściciel firmy z propozycją współpracy. Nie była to taka standardowa wymiana maili, gdyż przebiegała w języku angielskim. Okazało się, że firma z którą, już obecnie, było nam dane współpracować swoją siedzibę ma w... Saragossie.

Na pewno nieraz widzieliście stoiska z foto-kubkami, foto-misiami (a raczej koszulkami tych misiów na których jest zdjęcie) i tym podobne, małe elementy na których drukuje się fotki. To już przeżytek. Firmy idą do przodu i tak powstała firma Fotokocyk. Firma ta oferuje spersonalizowane koce, ręczniki, narzuty. Generalnie pomysł jest świetny, bo wiadomo... misia z fotką na koszulce fajnie dostać, ale po kilku dniach zacznie zbierać kurz w rogu szafki, bądź na meblach. Co innego taki koc, który można używać każdego dnia, a przynajmniej w zimniejsze wieczory.


Powyżej macie część przykładowych modeli spośród których można wybrać swój koc. Jedną z najfajniejszych rzeczy na stronie jest wybór. Ogromny. Wzorów jest naprawdę duża ilość i każdy znajdzie coś dla siebie. Wiadomo, że dla Polaków barierą może być cena, bo koce nie są jakoś specjalnie tanie, jednak ktoś zainteresowany tematem sitodruku przyzna rację, że ceny wygórowane nie są. Zwłaszcza z rabatem o którym napiszę Wam na końcu. :)


Jak widać jest kilka modeli, które idealnie sprawdzą się na Walentynki czy inne ważne okazje. Spośród wielu wymiarów wybraliśmy koc 95x140cm. Generalnie można nim przykryć jedną osobę, chociaż jeśli chcą się pod nim zmieścić dwie... to też się zmieszczą. ;) Wzór typowo podróżniczy. W sumie póki co nie odwiedziliśmy zbyt wielu zakątków razem pomimo tych 4 lat, jednak wszystko przed nami!


Samo zamawianie na stronie było bardzo proste. W sumie to zamawiała Madzia, bo ja akurat byłem po pracy i tylko w razie wątpliwości instruowałem ją z poziomu łóżka. Wystarczyło kliknąć w wybrany wzór, potem załadować odpowiednią ilość zdjęć - można wybrać koce z jedną fotką, dwoma, albo nawet zadrukowany 20toma fotkami. Uznaliśmy, że bezsensu żeby było tak "nawalone" fotek i wybraliśmy trzy, które coś sobą wyrażają.


Jedna znad Tonu - jeziora w Goleszowie z którego jest Madzia, w sensie z Goleszowa, nie z jeziora ;) . Fotkę zrobiliśmy podczas któregoś z moich przyjazdów. Druga fotka to pierwsze wspólne Walentynki. U takiego lokalnego, bardzo znanego fotografa Józefa Ciszka do którego co roku w Walentynki zlatują się tłumy. Wszystko za sprawą fotek w przebraniach. Co roku innych, co roku ciekawszych. Mieliśmy kultywować tradycję odwiedzania go co roku, nie wyszło. Nie zawsze w pracy da się dostać wolne. Ważne, że wtedy się udało, bo ta fotka to fajne wspomnienie. Trzecia fotka dość przypadkowa, ale budzi pozytywne skojarzenia. Śnieg ubiegłej zimy już powoli schodził i uznałem, że nie zabiorę czapki... Madzia jednak wzięła, ale uznała, że jej za ciepło. Mi znów przeciwnie... aż się sobie dziwię, że pokazuję tę fotkę publicznie hehe, ;) ale selfie to selfie, nie zawsze musi być dobre, grunt żeby było pozytywne!



Tym sposobem wybraliśmy trzy zdjęcia, które pozostało wgrać na puste pola. Generalnie to jedyny mankament, bo mogliby wprowadzić automatyczne dopasowanie fotek do pól... a tak trzeba było to robić ręcznie. Trochę uciążliwe, ale po dwóch, trzech minutach było zrobione. Pozostało kliknąć "zamów".


Jak widać na powyższych zdjęciach po odebraniu przesyłki byliśmy bardzo miło zaskoczeni. Duża dbałość o szczegóły, solidne obszycie, dobra jakość. W sumie same plusy. Co prawda (jedyny mankament) spodziewałem się, że koc polarowy będzie chociaż ciut grubszy, bo jest jak z koszuli polarowej, a nie materiału na klasyczny polar-kurtkę, ale po prostu będzie na trochę mniej zimne dni. Ewentualnie będzie pełnił funkcję ozdoby, bo prezentuje się znakomicie. Poniżej macie jeszcze kilka fotek detali oraz metki.











Produkty firmy Fotokocyk serdecznie polecamy, jako kapitalny pomysł na Walentynki, jak i inne okazje.

Dla naszych czytelników mamy specjalną obniżkową okazję! Do 28 lutego 2015 podając kod: FEB15MPPL otrzymacie 33% obniżki na wszystkie koce!

niedziela, 8 lutego 2015

Vipowskiego testowania ciąg dalszy


Dziś przedstawię Wam zawartość kolejnej przesyłki, którą otrzymałam w ramach programu VIP Testerek Schwarzkopfa. Niestety kolejny raz nie wstrzelili się z produktami w moje gusta, ponieważ tym razem również dostałam produkty do pielęgnacji włosów przeznaczonych dla blondynek, a są nimi szampon i odżywka Essence Ultime Blond&Bright. Oczywiście testerka może podzielić się zawartością paczki, dlatego kolejna porcja kosmetyków dla blondynek powędruje do mojej teściowej. 

Kolejną rzeczą, która w prawdzie mi odpowiada, ale chodzi o coś innego... Lakier do włosów Styiste Ultime Amino-Q, który wchodzi w skład paczki jest już chyba piątym z kolei, jeśli się nie mylę, który wysłali. Ogólnie zestawy są bardzo monotonne, ponieważ zawsze znajdują się w nich szampony i to dwa, odżywki i lakiery. Niby się mówi, że darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda, ale tak prawdę mówiąc korzyści z tej kampanii nie płyną tylko w jedną stronę, więc skoro uczestniczki wypełniły ankietę, w której podawały typ włosów i ich kolor to myślę, że fair było by gdyby produkty były indywidualnie dobierane.

W kampanii głównie chodzi o to, żeby testować nowości marki Schwarzkopf, więc skoro nowością jest np. farba Nectra to wiadomo, że w palecie kolorów znajdzie się coś dla każdej VIP Testerki. Na początku akcja wydawała się w miarę fajna, ponieważ część produktów wykorzystałam, a innymi się podzieliłam z mamą i teściową, ale jest już coraz mniej produktów, które mogę przetestować. Oczywiście został jeszcze szampon GlissKur Serum Deep-Repair wraz z dwufazową odżywką i mus do włosów unoszący je u nasady z linii styliste Ultime Biotin+ Volume.

Trochę negatywnie opisałam całą akcję, co do tej pory nie miało miejsca, ale jak sami widzicie to dosyć nie przemyślana inicjatywa ze strony Schwarzkopfa, ale testowanie będzie i na pewno każdy produkt znajdzie swojego amatora. Ja najbardziej jestem ciekawa musu do włosów, gdyż jest to dla mnie nowość. Moje włosy przez to, że spędzają trochę czasu w ciągu dnia pod czapką są przyklapnięte i przyda im się coś co podniesie je u nasady i doda objętości. Przetestujemy zobaczymy.


poniedziałek, 2 lutego 2015

Kocie testowanie karmy Josera

Smaczna karma, polecam. Kajtek


Możecie mi wierzyć lub nie, ale koty również są świetnymi testerami, może nawet lepszymi niż ludzie, ponieważ nie dają się nabrać chwytom marketingowym i polegają na swej intuicji bardziej niż my. Dlatego dzisiejszy wpis stworzony jest po to by wypromować nowe futrzane gwiazdy internetu. ;)

Jakiś czas temu przesyłka z próbkami karmy Josera dotarła do Goleszowa, gdzie mieszka całkiem spora gromadka słodkich kociaków, które są właścicielami mojej mamy, bo przecież nie odwrotnie. Człowiekowi nawet nie wolno tak myśleć...

Kotki do degustacji otrzymały dwie saszetki karmy Josera ADULT - dla dorosłych kotów:
  • Culinesse - odpowiednia dla wymagających kotów (czyli w sam raz dla tych "francuzów"), która wyróżnia się wyjątkowym smakiem przepysznego łososia. Ponad to zawiera idealną ilość tłuszczów, które powinien otrzymywać w diecie dorosły kot. Co bardzo ważne odpowiednie pH pomaga zapobiegać kamicy moczowej, a zawarte w karmie mikroelementy i substancje odżywcze sprawiają, że skóra kota jest zdrowa a sierść lśniąca.
  • Carismo - o zmniejszonej zawartości fosforu dla zdrowych nerek, co jest bardzo ważne, ponieważ koty niestety bardzo często zapadają na choroby tej części ciała. Karma zawiera także przeciwutleniacze i witaminy, które zapobiegają starzeniu się komórek, aby kot mógł cieszyć się zdrowiem i sprawnością fizyczną przez długie lata.


W komisji zasiedli trzej najwięksi, i to dosłownie, eksperci i smakosze kociej karmy, czyli (od lewej) Kajtek, Filip i Perła. Jak widać zajadają ze smakiem pełnowartościową i prawdziwie mięsną karmę. Piszę tak ponieważ dobra karma powinna być tłusta, a nie przypominać konsystencją trociny jak to jest w przypadku większości sklepowych karm, które można dostać w każdym supermarkecie.

Warto jest zadbać o dietę swojego pupila, aby cieszyć się jego zdrowiem i formą przez długie lata, więc najlepiej zaopatrzyć się w dobrą karmę specjalistyczną w sklepie zoologicznym, internetowym lub u swojego weterynarza.


- Ale co to? Czyżby koniec? Ja chcę jeszcze! Ta karma Josera Carismo jest naprawdę smaczna. Zajrzę głębiej, bo może na dnie tej małej saszetki znajdę jeszcze kilka chrupek.

No cóż niektórym to nigdy dość, ale jak widać na załączonym obrazku karma Josera spełnia swe zadanie, więc warto jest wypróbować ją w diecie swojego pupila. Mama twierdzi, że kotkom bardzo smakowała i zastanawia się już nad kupnem, a moim skromnym zdaniem nie jest znów taka droga. ;)


Oto cały zestaw, który otrzymały kotki, a jeśli jesteście zainteresowani tą karmą polecam zajrzeć na stronę marki Josera, gdzie znajdziecie informacje o firmie oraz produkty dla kotów, psów, a nawet zwierząt hodowlanych.


Praca testera jest jednak wyczerpująca, więc pora przetrawić smakołyki i przespać się z myślą o tym, czy rozwinąć może jakoś karierę...?

Jeżeli chcecie podjąć współpracę z początkującymi kocimi blogerami, testerami kociej karmy i futrzanymi foto-modelami zapraszamy do kontaktu z managerem poprzez maila blogowego. ;)


Pozdrowienia dla czytelników Testandwrite od kociej ekipy.

piątek, 30 stycznia 2015

Pizza Hut w końcu wróciła do Bielska!


Zacznę od tego, że wbrew obiegowej opinii nie chciałem pisać relacji z tego "eventu" jakim niewątpliwie jest powrót po latach Pizzy Hut do Bielska-Białej (poprzednio była w Centrum Handlowym Klimczok). Stąd w sumie mała ilość zdjęć, bardziej przypadkowych, niż przemyślanych. :) Ale w sumie skoro już tam byłem, to podzielę się, bo wydaje mi się, że warto.

O otwarciu Pizzy Hut, a raczej Pizzy Hut Express w Sferze I wiedziała masa osób. Może i całe Bielsko. Dlaczego? Ano dlatego, że na kilka dni przed otwarciem poszła w świat informacja, że pizzeria rozda 1000 darmowych pizz (informowaliśmy o tym na naszym facebookowym profilu, więc kto ma go polajkowanego, ten wiedział).
Sporo osób nie wybrało się z powodów oczywistych. Dantejskie sceny z walk o karpia, masowe kradzieże lemoniad w Radomiu... 
...tymczasem w Bielsku: zjawiliśmy się (bo samemu na 9 rano bym nie wstał i kto mnie zna wie, że ciężko mnie do wstawania o 8 zmusić) z mamą oraz Magdą jakoś o 9,10. Był to swego rodzaju błąd, bo może gdybyśmy byli tam o jakiejś 8,40 to stalibyśmy w kolejce gdzieś na początku. A tak? Tu macie fotkę, która w zasadzie niewiele oddaje, ale musicie uwierzyć mi na słowo... było z 200 osób.
W sumie całkowicie kulturalnie, tzw wiadomo, jak to w takim tłumie, parę barków czy łokci udało się czy dostać czy też wcisnąć, ale kolejka szła równo i kulturalnie.
Mały minus dla kogoś kto wymyślał numerki. Jedna kasa szła od 1000, druga od 2000. Docelowo w momencie w którym jedna kasa miałaby 1500, a druga 2500 darmowe pizze miały się skończyć (nie bierzcie tego za pewnik, to tylko rozkmina, która mnie naszła czekając 40-50minut na odbiór pizzy). Samo numerowanie było nielogiczne, bo gdyby kasy były podpięte w systemie razem, to numerki by leciały po kolei... i np dostając numer 1254 mógłbym śmiało iść na zakupy czy zwiedzanie miasta (no dobra i tak siedziałbym na dupie, ale na coś narzekać muszę - Polakiem jestem.). Zamiast tego czekając na pizzę mogliśmy na ekranie zobaczyć przypadkowe numery: 1220 - ooo czyli jeszcze 34 i moja pizza... nic bardziej mylnego, 2250, 1270, 2230,1180. One nawet nie były w kolejności. Wywnioskować nie dało się NIC. 
O, najlepsze było potem. Z racji, że mieliśmy do odbioru słuchawki z pewnej promocji (napiszę Wam o niej około niedzieli, ale większość wie, że chodzi o Kinder) to mama została "na warcie". Nie zdążyliśmy na dobre wyjść, a tu mama dzwoni, że moja pizza już jest. Pizza Madzi była jakieś 10 minut później. O pizzę mamy upomniałem się przy kasie po kolejnych dziesięciu... a staliśmy w kolejce obok siebie. :)


Co do pizzy! Bo to jest najważniejsze. Powiem Wam, że wybiorę się tam znów na bank. Była tak dobra, że tak szybko wymienialiśmy się kawałkami i... nie zdążyłem zrobić praktycznie fotek. Rodzajów nie jest dużo (całe 5), natomiast dla każdego coś... no wiadomo. Margherita nie jest tu zwyczajną pizzą, którą się zamawia tylko po to, żeby wiedzieć, że dobrze robią "placka". Tutaj zrobili ją na zasadzie czterech serów, ale w wersji uboższej (trzy sery), w cenie normalnej 9,99. Druga, którą zamówiliśmy to hawajska, sporo ananasa, generalnie nie była zła, taka inna. Cena zwyczajna 12,99. W cenie 12,99 była też moja pizza - farmerska. Ostry sos to w zasadzie główny składnik, ale jak to w swojskiej, jakieś kiełby też się znalazły. Z ostrych była jeszcze pepperoni, ale nie dane mi było jej wybrać. Nikt w towarzystwie nie lubił całkowicie ostrego, a założenia były takie żeby się podzielić... no nic, zjem za tydzień ]-:>. No i pizza Madzi, najpopularniejsza w ostatnich czasach prosciutto e rucola, czyli ruccola, szynka par...wróć. Jakaś inna szynka, niestety nie parmeńska, ale za 14,99 parmeńskiej bym się nie spodziewał.

Z ciekawych historyjek były dwie. Mama, tata i syn, którzy wytargali 12 pizz (zamrożą i jedzenie na cały miesiąc) oraz dwóch gimbów, którzy w okolicy 14 narzekali, że pizze się skończyły, bo "biedaki przyszli i zjedli wszystkie". Miałem im dać na bułkę, skoro sami siebie nazywali biedakami, ale skręcili w inną stronę. ;)
Ogólnie to aż zbyt kulturalnie było, jak na tyle osób.

Polecam serdecznie, bo pomimo, że to ma być pizza na wynos, czyli o płaskim smaku i niezbyt ciepła po przyniesieniu do domu (co zmienia smak pizzy o 180 stopni), jednak jeśli otworzymy kartonik pizzy na miejscu, to może nas spotkać miłe zaskoczenie.

A, byłbym zapomniał. Gdzieś w kuluarach zasłyszałem info, że mają rzucać jakieś zniżki studenckie. Byłoby spoko, bo po zlikwidowaniu Sfinksa i ich 50% zniżek dla studentów tak naprawdę student nie ma w Bielsku gdzie zjeść konkretnego jedzenia za niekonkretne pieniądze.


sobota, 10 stycznia 2015

Dzień z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy!



Witam
Znów jakaś przerwa. Postaram się jakoś to wyregulować... jak tylko moje życie zacznie być chociaż trochę bardziej regularne. Teraz np Madzia jest chora, więc na kompa czasu mniej. W sumie blogerzy mają kilka sposobów prowadzenia tekstów. Niektórzy wrzucają i dwa posty dziennie, a niektórzy 1-2 tygodniowo. Muszę wypracować jakąś cykliczność. Planuję (ale to jeszcze plany) wystartować z nowym projektem blogowym, więc o systematyczności z dawniej (3-4 posty tygodniowo) mogę zapomnieć. Spróbuję abyście w dwa dni w tygodniu zobaczyli nowe posty. Weekend to zwykle dni bez postów nawet na największych blogach - nie bez powodu zresztą, bo niewiele osób ma wtedy czas śledzić notki na bieżąco. Mógłby być to np wtorek (bo na napisanie tekstu w znienawidzony przez wszystkich poniedziałek nikt by mnie nie namówił) oraz piątek - na dobre otwarcie weekendu. Tyle, że to jeszcze nie obietnica, a próba ustawienia tego jakoś. Jak wyjdzie? Zobaczymy :) Mógłbym przejść na coś w stylu wtorkowych teksów recenzyjnych, a piątkowe byłyby zapowiedziami ciekawszych projektów, niby coś mam w głowie, ale tak jak piszę, pożyjemy, zobaczymy. ;)

A tymczasem - bo nie o systematyzacji wpisów blogowych chciałem pisać, przejdę do meritum, dość krótkiego (no chyba, że postanowię poznęcać się dłużej nad solidnie zużytą klawiaturą wcale nie starego laptopa). 
Już jutro WOŚP. Mimo, że w Bielsku-Białej zwykle jego obchody nie są zbyt huczne, to cieszę się tym dniem. Lubię coroczną orkiestrę. Na prawdę. Nie ma w tych słowach cienia podejrzenia, jakiejś niechęci. Nie lubię natomiast spoglądania każdemu do kieszeni. To takie typowo polskie... Wystarczy, że masz ciut więcej, to każdy, ale to ABSOLUTNIE KAŻDY spoglądnie do twojej kieszeni i powie "ZŁODZIEJ!". Dość głupie i próżne. Na masie stron, profilach facebookowych (nawet znajomych, ale z racji, że uznałem, że nie powinienem znać ludzi o takich poglądach, to już nimi nie są) można trafić na opinię czy też shary o tym ile to Owsiak nie nakradł i ile kasy idzie na nie te cele o których mówi.

Skąd enter? A właściwie dwa? Stąd, że nie ma potrzeby racjonalnie tego argumentować. Gość poświęcił całe swoje życie na organizację projektu pomagającego milionom ludzi i zapełnia dziurę po NFZ, której nikomu nie udałoby się załatać. Sprawił, że wielu ludzi żyje tylko temu, bo jest sprzęt na ratowanie tego życia, a ktoś ma czelność spoglądać mu do kieszeni i zapytać skąd ma na mieszkanie. Dziwne podejście.

Ja zamierzam cieszyć się tym dniem, śledzić relację z liczenia puszek i oglądać puszczanie "światełka do nieba". Do puszki też wrzucę. Nawet dorzucę zysk z reklam.

Was też zachęcam. Zagrajmy jutro razem!

piątek, 2 stycznia 2015

Z NAMI poznasz świat naturalnej pielęgnacji



Dziś mam okazję pochwalić się współpracą z kolejną firmą, która produkuje naturalne kosmetyki do pielęgnacji ciała i włosów. NAMI to nasza rodzima firma specjalizująca się w tworzeniu produktów na bazie wszelkich zasobów naturalnych, które daje nam nasza Ziemia. Ja jestem zachwycona tego typu kosmetykami, ponieważ widzę realne rezultaty działań naturalnych składników. Do niedawna stosowałam wszelkie przereklamowane, chemiczne produkty co kończyło się tym, że po użyciu szamponu musiałam stosować odżywkę. To jednak nie pomagało na moje zniszczone, przetłuszczające się z suchymi końcówkami, matowe włosy, więc lawina szła dalej - maski, odżywki w sprayu, nabłyszczacze etc. I co? I do tego namiętne wypadały mi włosy i nic na to nie pomagało. Postanowiłam zmienić szampon na ziołowy, a przed każdym myciem wcierać olejek z łopianu i trzymać go ok. 1h pod czepkiem. Już po pierwszym takim zabiegu moje włosy nie puszyły się tylko były zdyscyplinowane i gładkie, a gdy przejrzałam się w lustrze myślałam, że blask moich włosów mnie oślepi. Tak samo jest z każdym innym produktem, więc szukam producentów, którzy zapewnią mi rezultaty, które zauważę u siebie na własne oczy. Trzeba słuchać swojego ciała i jeśli moje ma lepszą kondycję po użyciu naturalnych kosmetyków to takich będę używać i już.



Pierwszym produktem, który Wam przedstawię to szampon z serii Mleczna kąpiel, która zawiera 5 kosmetyków stworzonych na bazie serwatki mlecznej jednak każdy z nich ma różne dodatki, a co za tym idzie także właściwości. Ja mam okazję wypróbować szamponu jajecznego, który kiedyś był bardzo popularny wśród naszych babć. Głównym składnikiem szamponu jest serwatka mleczna, która jest produktem ubocznym podczas produkcji twarogu. Serwatka jest bardzo zdrowa i dobrze jest stosować ją nie tylko od wewnątrz, ale także na zewnątrz naszego ciała. Składnik ten zawiera ponad 200 różnych biologicznie aktywnych komponentów jak np. witaminy, lipidy, mikroelementy, aminokwasy i inne. Substancje, które znajdują się w serwatce są w stanie uporać się praktycznie ze wszystkimi mankamentami włosów i skóry. Dodatkowo fosfolipidy, które zawiera jajko odżywiają skórę głowy i włosy oraz dodają elastyczności i blasku. 


Moja opinia jest jak najbardziej pozytywna, gdyż po pierwszym użyciu szamponu Mleczna kąpiel nie mogę się od niego oderwać i nie przestanę go używać póki nie zobaczę pustego dna. Z resztą tak mam ze wszystkimi naturalnymi kosmetykami, a wcześniej wszystko stało i się psuło. Szampon ma konsystencję żółtka jaja kurzego, ale nie jest to problemem, ponieważ szybko i obficie się pieni, a piana jest bardzo gęsta, więc produkt jest dzięki temu wydajny. Podczas ostatniego płukania czupryny czuć w dotyku, że włosy i skóra głowy jest bardzo dobrze umyta i oczyszczona z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeń. Włosy natomiast łatwo się rozczesuje, a po wysuszeniu są puszyste, miękkie i pięknie lśnią. Włosy, tak samo jak paznokcie i ogólnie całe nasze ciało, są naszą wizytówką, więc powinny być zadbane i zdrowe, a dzięki Mlecznej kąpieli na pewno takie będą.


Kolejnym produktem jest Olejek z uczepu trójlistkowego przeznaczony do skóry wrażliwej, skłonnej do alergii. Uwielbiam olejki i na nich opieram pielęgnację skóry i włosów, ponieważ, i tu ważna informacja dla każdej kobiety, natłuszczanie skóry opóźnia i łagodzi pojawianie się zmarszczek, ale producent poleca stosować jako środek do skóry:
  • suchej i ściągnietej,
  • z tędęcją do wyprysków i wszelkich zaczerwienień,
  • po oparzeniach słonecznych,
  • głowy z łojotokowym zapaleniem.
Postanowiłam, że ten produkt będzie mi służył jako zamiennik kremu do twarzy, do stosowania codziennie rano i wieczorem zaraz po myciu twarzy. Moja skóra jest z reguły tłusta natomiast zdarza jej się też przesuszać, a poza tym cierpię na łuszczycę, która również wywołuje zapalenie skóry. Podczas stosowania olejku po jakimś czasie (bardzo krótkim) zauważyłam, że moja skóra jest zdrowsza, pory zwężone, a łuszczyca jakby odpuściła i nie daje już się tak we znaki. Ponad to muszę dodać, że nawet tłustą skórę warto jest natłuszczać, ponieważ właśnie dobrze natłuszczona skóra nie starzeje się tak szybko.


Ostatni z produktów NAMI, który przetestowałam to Olej z korzenia łopianu z ziołami, który służy do pielęgnacji włosów, twarzy i ciała. Oprócz łopianu w skład produktu wchodzą ekstrakty z omanu, pokrzywy, skrzypu polnego, uczepu i podbiału. Olejek ma szerokie spektrum zastosowań,  a to wszystko dzięki kompozycji wielu ziół. Ja mój olejek stosuję do rzęs oraz paznokci, ponieważ odżywia i wzmacnia cienkie rzęsy oraz brwi, a także wzmacnia i odbudowuje słabe paznokcie. Wystarczy wieczorem za pomocą szczoteczki ze zużytej maskary nanieść kosmetyk na włoski rzęs i brwi, a także wmasować go w każdy paznokieć oraz skórę wokół płytki paznokciowej. Do tej pory do pielęgnacji  rzęs używałam olejku rycynowego i rzeczywiście stały się dłuższe i ciemniejsze, jednak ciągle cienkie i rzadkie, ale dzięki temu olejkowi zaczęło się to powoli zmieniać. Paznokcie również stały się zdrowsze i mocniejsze, więc od niepamiętnych czasów udało mi się znów zapuścić szpony. 


Jeżeli jesteście zainteresowani zakupem któregoś z wyżej wymienionych produktów zapraszamy do sklepu internetowego Nami, gdzie znajdziecie też inne propozycje kosmetyków naturalnych. Pamiętajcie jednak, że oprócz odpowiedniej pielęgnacji ważna jest też zdrowa dieta.


Oto zdrowy budyń karobowy, który w bardzo łatwy sposób zrobicie sami w domu. Ja jak zwykle zrobiłam wszystko na oko, bo chciałam go szybko zjeść, ale wystarczy jak na 0,5l mleka dodacie 1 łyżkę mąki ziemniaczanej i 2 łyżki karobu, ale oczywiście z zachowaniem zasad przygotowywania budyniu. :)


wtorek, 30 grudnia 2014

Kameleon na paznokciach - stylizacja z AllePaznokcie


W ostatnim wpisie, który niestety umieściliśmy dość dawno temu, zastanawialiśmy się czy to już zima? Na szczęście jednak w tym roku zawitała do nas dość późno i uwierzcie mi czasem odpoczynek od marznięcia przyda się naszym noskom i uszom. ;) Jednak w tej białej porze roku lubię malowniczy krajobraz, słoneczny i mroźny dzień kiedy z nieba spada coś na kształt brokatu oraz jazdę na łyżwach, z którą muszę się po latach przeprosić. Jak widać nie jest to taka do końca zima zła, ale czasem i ona może sobie zrobić urlop.

Po ciepłych świętach, które bardziej przypominały te wiosenne pora na śnieżnego Sylwestra, bo pewnie niektórzy z Was spędzą go na prawdziwej góralskiej imprezie z kuligiem, czego Wam serdecznie życzymy. Z resztą mało ważne gdzie spędzicie ostatnią imprezę w starym i pierwszą w nowym roku i tak trzeba się do niej odpowiednio przygotować. Dlatego ja dzisiaj mam dla dziewczyn, które szukają czegoś oryginalnego specjalną recenzję, która być może będzie jakąś inspiracją. Z pomocą przyszła mi znów hurtownia kosmetyczna Allepaznokcie, która doczekała się już wpisu o lakierze holograficznym. Moja dzisiejsza propozycja to lakier, który może być doskonałym dodatkiem uzupełniającym zarówno do kreacji sylwestrowej jak i karnawałowej.


Dzisiejszą gwiazdą jest lakier Flip-Flop nr 2 kameleon, który opalizuje na zielono, ale także na fioletowo i żółto, zależy jaki jest kąt padania światła na płytkę paznokcia. Jest to bardzo ciekawy efekt, który ja podziwiam jak małe dziecko. Myślę, że taki oryginalny manicure może być użyty do wielu stylizacji, w różnych kolorach czyli zarówno do fioletowej sukni jak i zielonego kombinezonu. 



Na tym zdjęciu widać jak lakier pięknie błyszczy w odcieniu zieleni i niestety nie mogłam uchwycić odpowiedniego światła, aby pokazać Wam jego pozostałe odsłony, ale zapewne większość wie na czym to polega.

Jeżeli chcecie poszaleć z kolorem na paznokciach i szukacie inspiracji, zapraszamy do sklepu hurtowni Allepaznokcie, gdzie znajdziecie bogata gamę lakierów typu kameleon, a także holograficzne, chromowe, magnetyczne i inne. Oprócz tego może tam nabyć akcesoria do paznokci, ozdoby i profesjonalne produkty do salonów urody.

Archiwalne posty