poniedziałek, 17 listopada 2014

Movember z Verbeną on the go?


Trochę temu do większości blogerów współpracujących przy okazji akcji konkursowych przyszły paczki od Verbeny. Fajnie, bo w sumie dość niespodziewanie. Na tyle niespodziewanie, że nie zdążyłem zjeść jeszcze poprzednich cukierków, a już przyszły nowe. Ale nie ma co się martwić, nadrobi się.


Cukierki przyszły w takiej oto saszetce, która może mobilizować człowieka do wyjścia z domu. Nawet miałem w planach wyjście i zrobienie fotki podczas biegania z taką oto saszetką (w sumie fajna jest, ma wyjście na słuchawki, wejdzie tam telefon, jakiś baton, może i mała woda), ale nadal nie zdecydowałem się na to jakie chcę kupić buty do biegania. A że potrzeba mi dodatkowej mobilizacji do biegania to wiem nie od dziś. W piłkę też nie chciało mi się aż tak grać dopóki nie zaopatrzyłem się w 2 pary butów, ochraniaczy i getrów. A i tak planuje trzecie ochraniacze, bo tamte średnio wygodne.

Postanowione, jak tylko kupie buty, to Verbena może się spodziewać fotki z aktywności poza domem. Natomiast akcja ma nakłonić też do... wzięcia udziału w konkursie. Takie zestawy (+ inne z plecakiem) możecie zgarnąć wrzucając fotki na stronę konkursową Verbeny, z zaopatrzeniem, jakie zabieracie ze sobą w podróż.


A tu macie kolejną fotkę z akcji Movember! Jak widać wąsy coraz gęstrze, brody kapkę też się ostało, ale regularnie podcinam (ale nie do zera, co by pasowało ;) ).
Jeśli ktoś nie wie nic o akcji, to pisałem tutaj.

sobota, 15 listopada 2014

Zdrowe słodkości z Vivio - wspomnienie Halloween



Dziś powspominamy trochę Halloween, chociaż my w sumie nie obchodzimy tego dnia i nie imprezujemy wtedy. Wiele osób uważa, że to święto szatana i czarnej magii, ale w sumie z tego co wiem to Halloween nie ma dokładnej genezy. Najbardziej prawdopodobne wydaje mi się pochodzenie celtyckie związane z obrządkiem Samhain, czyli świętem na pożegnanie lata i powitanie zimy, które wiązało się także ze świętem zmarłych. Kapłani celtyccy, wierzyli że w ten dzień otwiera się brama pomiędzy światem zmarłych i żywych, aby ludzie mogli zapraszać duchy swoich bliskich do siebie, a przepędzać złe mary. Halloween obchodzone jest 31 października w wielu krajach, ale widoczne jest zwłaszcza w kulturze amerykańskiej - jak z resztą wszystko, gdyż ten naród cieszy się chyba ze wszystkiego i lubi świętować.


Nasze świętowanie ograniczyło się do zjedzenia placka dyniowego, na którego przepis znajdziecie w listopadowym Skarbie (na stronie 111), tak tym z Rossmanna. Aby przygotować taki placek, a właściwie tartę potrzeba:

Na ciasto:
  • 250g mąki tortowej
  • 120g masła
  • 1 jajko
  • 3 łyżki mleka
  • 3 łyżki cukru pudru
Oczywiście można powyższe składniki zamienić na zdrowsze produkty, czego ja tym razem nie zrobiłam, ale ciągle szukam nowych inspiracji, aby tworzyć kuchnię zdrową i pożywną.

Na krem:
  • 0,5 kg dyni
  • 5 łyżek miodu lub cukry - u nas Ksylitol od ViVio
  • 150ml śmietanki kremówki - u nas 36%
  • ekstrakt wanilii - u nas cukier z wanilią 
  • siekane orzechy np. włoskie
  • garść żurawiny  -  u nas rodzynki
Przepis na ciasto do tarty jest bardzo prosty, wystarczy mąkę, cukier i masło ugnieść ze zmiksowanym jajem i mlekiem. Jak już pisałam można zamienić składniki i np. stworzyć tartę razową, która będzie zdrowsza, ale równie smaczna (chociaż ja uważam, ze smaczniejsza). Oczywiście gotowego ciasta nie dajemy od razu na blachę tylko owijamy folią i chowamy na godzinę do lodówki. Po upływie wymaganego czasu wykładamy ciasto na natłuszczoną blachę, nakłuwamy widelcem albo patyczkiem do szaszłyków, na całej powierzchni i pieczemy przez 15min. w 180'C. 

Teraz pora na krem. Kawałki dyni gotujemy do miękkości, a następnie dodajemy ksylitol, śmietankę, wanilię i odstawić aż wystygnie - tak mówi przepis, ale ja zrobiłam odwrotnie i też wyszło, czyli najpierw pozwoliłam dyni ostygnąć, a później zmiksowałam ją z resztą składników. 


No i mamy dwie części naszego ciasta, więc wystarczy je teraz połączyć. Na tartę wysypujemy orzechy, rodzynki, czy też żurawinę i tak jak ja można dodać nasiona Chia, które dostaliśmy również od ViVio. Na bakalie wylewamy krem i do piekarnika nagrzanego do 160'C na 40min.


A teraz na chwilę powróćmy do bohatera wieczoru, czyli Ksylitolu od ViVio. Ksylitol to nie węglowodan jak można by było sądzić, ale alkohol słodzący tak jak sorbitol, mannitol itp. Dlaczego uważany jest za lepszy niż zwykły cukier z buraka? Ponieważ nie powoduje próchnicy i ma znacznie niższy indeks glikemiczny, zalecany również dla diabetyków, gdyż przy niewielkim udziale insuliny ulega procesowi metabolicznemu. Ksylitol sprzyja likwidacji płytki nazębnej. Ksylitol pełni ważną rolę w leczeniu Candida, który jest zarazą naszych czasów, a niestety nie każdy wie, że go w sobie nosi. Candida to grzyb, który atakuje powoli cały organizm zatruwając go toksynami, a chory dodatkowo karmi go cukrem, który ten uwielbia, a nasz ksylitol nie jest cukrem jak dobrze pamiętacie. ;)


Nasza tarta jest gotowa i można ją wyjąć z piekarnika. Pięknie się przyrumieniła, ale nie, nie można jej jeszcze zjeść, bo ciepłego ciasta nie można jeść! Bla, bla, bla, a ilez to razy podkradało się mamie ciepłe ciasto z blachy? No tak, ale masa na tarcie dyniowej musi przestygnąć i lekko stwardnieć, żeby nam się nie rozlała po przekrojeniu.


No dobrze, teraz już można... udekorować ciasto polewą, a w tym przypadku puściłam wodzę fantazji, ale niestety polewa, która miała błyskawicznie zastygać zrobiła mi psikusa. Oczywiście do przygotowania polewy również użyłam ksylitolu, a także korabu, który jest zdrowszym odpowiednikiem kakao, ale jest słodszy i przy jego użyciu wychodzi bardzo smaczny domowy budyń, ale o tym kiedyś przy okazji wspomnę.


To co zostało z naszej dyni nie poszło na marne, bo postanowiliśmy zrobić z niej halloweenowy lampion. Posłużyłam się moim ulubionym wampirzym motywem, a do środka włożyłam dwa podgrzewacze o przecudnym pomarańczowym zapachu.


Jeśli macie ochotę na takie ciastko z ksylitolem i dynią w roli głównej albo na inne słodkości z tą przyprawą zapraszamy do sklepu Cosdlazdrowia.pl, gdzie znajdziecie Ksylitol ViVio w różnych rozmiarach, od 0,5kg w atrakcyjnych cenach.

wtorek, 11 listopada 2014

Movember - moda czy jednak coś więcej?

Hej
Tym razem nieco o akcji o której czasami jest głośno, czasami mniej. Wszystko zależy od tego gdzie ucho przyłożyć ;) 
Mowa oczywiście o Movember. Akcja wzięła swoją nazwę z połączenia słów wąsy oraz listopad. O co chodzi? Jeśli ktoś jeszcze nie wie to jest to taka akcja uświadamiająca (coś jak kobieca z torebkami, ale wymagająca od uczestnika czegoś więcej niż 1 statusu na fejsie gdzie dana kobieta kładzie torebkę). Uświadamia ona jak poważnym problemem jest rak prostaty i jakie zbiera "plony". 
Obecnie cała redakcja Canal+ Sport dzielnie bierze udział w akcji i jak twierdzą dziennikarze - "Nie ważne czy z wąsami wyglądasz dobrze czy źle. To tylko miesiąc, a udział każdego jest ważny".
Fotka sprzed kilku (czterech?) dni. Teraz już wąs jest pokaźnych rozmiarów, niedługo trzeba będzie przycinać, bo utrudniał będzie mówienie. ;)
Generalnie chodziło mi o lekkie rozpropagowanie akcji. Jeśli ktoś chce to śmiało może się dołączyć. Nigdzie nie trzeba się zapisywać, nie ma nagród, no chyba, że za wystarczającą nagrodę uzna się perspektywę uratowania komuś życia :)
Polska w tej akcji jest niestety "sto lat za murzynami", bo generalnie w Kanadzie czy USA (a nawet i w zachodniej Europie) jest to rozpropagowana już mocno akcja i każdy wie co się będzie działo w listopadzie. Może w Polsce też tak niedługo będzie przez co wielu facetów w pewnym wieku nie zapomni o profilaktycznych badaniach.

A swoją drogą... byliśmy właśnie na spacerze. Generalnie pogoda typowo wiosenna jak na 11 listopada... chodziliśmy sobie po pobliskiej Straconce, a tu na jednym z drzew... bazie! Zakwitło też sporo kwiatów. Ogólnie zapowiada nam się ładna Wielkanoc w to Boże Narodzenie. :)

sobota, 8 listopada 2014

Kolejne ambasadorskie doładowanie od Schwarzkopfa

 
Hurraaa, dziś przedstawiam kolejną przesyłkę od mojej ulubionej firmy specjalizującej się w pielęgnacji włosów, a jest nią Schwarzkopf. Dla fryzjerki to nie lada gratka i przychodzi mi podziękować Niemcom za coś więcej niż piękne samochody. ;) Ale do rzeczy. Kurier zawitał z ogromną paczką, w której znalazły się takie produkty jak:


  • farba do włosów Nectra Color odcień 777 Miedź - omg, nie umniejszając rudzielcom, ale ja nie chcę być miedziana. Próbowałam już wielu opcji i eksperymentowałam z kolorami, ale zawsze dobrze czułam się w brązach i niech tak pozostanie, amen.. Farba pod względem składowym jest świetna, gdyż zawiera olejki i ekstrakty roślinne, ale ja i tak zawsze dodaję olejku arganowego do każdej farby. Myślę, że farbę w ramach testów znów wypróbuje moja mama ;)


  • spray rozjaśniający Blonde Ultime sygnowany nazwiskiem Claudii Schiffer - po raz kolejny blondy należą do mojej teściowej


  • seria Gliss Kur Hyaluron Hair Filler - w skład zestawu wchodzą szampon i dwufazowa, ekspresowa odżywka regeneracyjna. Magiczny hialuron wykroczył poza granice pielęgnacji twarzy i teraz możemy z jego pomocą odmłodzić także włosy i to, zdaniem producenta, aż o 10 lat.


  • balsam BB 11w1 - nie, marka Schwarzkopf nie produkuje teraz kremów do twarzy, to balsam BB do włosów o szerokim spektrum korzyści podczas jednego użycia. Jedwabista miękkość, lśniące refleksy, ochrona przed rozdwajaniem się końcówek to tylko kropla w morzu korzyści. Przetestujemy, zobaczymy.


  • zestaw lakier+pianka Taft Perfect Flex - w salonie fryzjerskim schodzą tego hektolitry, bo każda Pani chce być utrwalona na maxa i dzięki temu zestawowi jej fryzura może być mega utrwalona, a przy okazji pozostanie elastyczna. Moje włosy przechodzą ostatnio intensywną regenerację od zewnątrz i od środka, dlatego wszelkie środki do stylizacji i farbowanie odpadają. Nawet moja ukochana prostownica, która jest ze mną od 10lat poszła w odstawkę, no pomyślałby kto...


  • zestaw Got2Be Rise 'n Shine lakier+pianka - moja ulubiona marka, więc jeśli tych dwoje jest tak samo dobre jak nabłyszczacz to zaprzyjaźnię się z nimi na dłużej. 

Schwarzkopf proponuje, żeby się dzielić, dlatego niektóre kosmetyki wydają się być nietrafione. Jestem jedną z ambasadorek, więc nie tylko powinnam używać tych kosmetyków, ale także dzielić się nimi i prezentować możliwości produktów i efekty jakie dzięki nim można uzyskać na włosach. Przede mną spore wyzwanie, gdyż paczka tym razem jest wyjątkowo duża. Kilka opinii na pewno będzie opublikowana tutaj, więc zaglądajcie, zapraszamy.




Oprócz obszernej paczki podzielę się, a właściwie oboje podzielimy się  z Wami opinią na temat kulinarny. Na zdjęciu powyżej znajduje się najlepsze Sushi jakie w życiu jedliśmy. Pan który je przyrządzał to jeden z najlepszych Sushi Masterów jakich poznałam. :)

niedziela, 2 listopada 2014

Makijaż na każdą okazję - make-up z E-Zebrą




Dziś muszę się pochwalić odnowieniem współpracy z drogerią internetową E-Zebra. Jeśli pamiętacie miałam przyjemność testowania kilku kosmetyków znanych i lubianych marek w zeszłym roku, właśnie dzięki drogerii E-Zebra. W paczuszce, którą otrzymałam, tym razem znajdowały się:
  • kredka Special Eyes od Rimmel odcień 111 Panama,
  • błyszczyk Ultimate Calvina Kleina odcień 305 Plum,
  • zestaw wsuwek do włosów z diamencikami BaByliss.
  •  





Kredkę Rimmel, z której jestem bardzo zadowolona, możecie nabyć w drogerii E-Zebra w trzech odcieniach tj. burgund, szary i ciemny, matowy brąz. Cieszę się, że akurat otrzymałam kredkę w odcieniu 111 Panama, czyli ciemny brąz, ponieważ będzie idealna do podkreślania brwi co oczywiście jest teraz bardzo modne. Moje naturalne brwi są bardzo ciemne, ale w niektórych partiach ich granica się lekko zaciera, więc należy to podkreślić, aby brwi miały piękny kształt. Pamiętajcie - brwi to siostry, ale nie bliźniaczki, więc nigdy nie będą identyczne, ale zawsze powinny być zadbane, nawet gdy pragniemy wyglądać naturalnie. Do tej pory używałam cienia do powiek Rimmel Glam'Eyes odcień 033 Dusk, ale to wymaga nieco precyzji, więc chętnie skorzystam z kredki, która dokładniej obrysuje kontur brwi. Ważne jest, aby zainwestować w dobrą temperówkę zakupioną w drogerii, która idealnie zaostrzy kredki bez łamania minki.




Gdy zobaczyłam błyszczyk Calvina Kleina byłam zaskoczona, nie tyle marką, bo to na mnie nie robi wrażenia - kosmetyk powinien spełniać swoje zadanie, ale nie koniecznie musi być markowy. Trochę przerażona byłam odcieniem, ponieważ to ciemna śliwka, więc od razu po otwarciu paczki musiałam to zweryfikować. Doszłam do wniosku, że nie ma się czego bać, ponieważ można nałozyć cieniutką warstwę kosmetyku, a wtedy błyszczyk delikatnie je ubarwi albo pójść na całość i przed wielkim wyjściem poszaleć z kolorem na ustach. ;) Chociaż odcień jest ciemny i transparentny to w zasadzie ciepły, więc ja odważyłabym się wyjść z tak umalowanymi ustami na co dzień. Z racji, iż jestem zielonooka makijażowe wytyczne każą mi malować "oko" na fioletowo - niestety - nie lubię, nie pasuje mi, ale na ustach jak najbardziej, a zwłaszcza taki odcień.


A tak właśnie wygląda makijaż z użyciem kredki Rimmel oraz błyszczyka CK, w dwóch odsłonach:




Szybki makijaż na co dzień lub do pracy.                     Jednak, gdy po pracy szykuje się impreza
Brwi podkreślone kredką Special Eyes od                    albo po prostu się szykuje, a nie macie czasu
Rimmel odcień 111 Panama, górna powieka                na wykonanie wieczorowego makijażu,
zaznaczona kreską wykonaną czarną kredką,               wystarczy tą samą kredką, którą
rzęsy pociągnięte lekko maskarą pogrubiającą,            wykonywaliśmy kreskę na górnej powiece
usta - błyszczyk Ultimate Calvina Kleina                     zaznaczamy linię wodną dolnej powieki,
odcień 305 Plum (cienka warstwa).                              natomiast linię rzęs poprawiamy grafitowym
                                                                                       cieniem do powiek. Usta malujemy mocniej   
                                                                                       błyszczykiem CK 305 Plum.




 Ostatni produkt to gadżet, znanej wszystkim fryzjerom i nie tylko, marki BaByliss Paris. Mianowicie otrzymałam zestaw czterech pięknych wsuwek z ozdobnymi cyrkoniami. Wsuwki są w dwóch kolorach, czarnym i srebrnym i bardzo przypadły mi do gustu. Wszystkie mają laminowane końcówki i muszę przyznać, że wreszcie doczekałam się wsuwek, które nie będą wyrywać mi skalpu. :D Lubię takie gadżety i myślę, że taki delikatny akcencik ożywi codzienny strój, ale także uświetni Sylwestrową kreację.



piątek, 31 października 2014

Zdrowie i siła z nasion Chia - śniadanie z ViVio



Od jakiegoś czasu interesuje mnie zdrowe odżywianie, ponieważ jak wszyscy wiemy, w większości produktów, które proponują nam koncerny spożywcze jest sporo chemii. Cała gama barwników, aromatów, utwardzaczy, spulchniaczy itp., a ja już mam tego dość i chcę jeść coś co smakuje tym czym jest. Dlatego bardzo ucieszyła mnie nasza nowa współpraca z firmą ViVio, która dysponuje całym wachlarzem zdrowych produktów. Do testowania otrzymaliśmy m.in. nasiona Chia. Ale po kolei.

Firma ViVio to nie tylko zdrowe produkty, ale także skarbnica wiedzy o zdrowym odżywianiu. Wielu z nas przywykło do śmieciowego jedzenia i nie zdaje sobie sprawy co jest dla nas i naszego zdrowia najlepsze. Ja wyeliminowałam ze swojej diety do tej pory kilka produktów: cukier biały rafinowany, kawę oraz czarną herbatę i produkty z białej mąki, a już zauważyłam znaczne zmiany w moim organizmie.




Nasiona Chia to inaczej szałwia hiszpańska, ale rośnie w Meksyku i Gwatemali. Roślina ta ma silne właściwości lecznicze oraz jest bardzo energetyczna, więc działa wzmacniająco i odżywczo na organizm. Nasionka posiadają spora dawkę kwasów tłuszczowych Omega 3 i Omega 6, a także źródło witamin E, B1, B3 oraz minerałów - wapnia, fosforu, magnezu, żelaza, cynku i niacyny. Te małe kuleczki mają w sobie również łatwo przyswajalne białko, dużą zawartość błonnika i są polecane dla diabetyków.

Chia wspomagają nawilżanie organizmu, bo mogą zatrzymywać płyn o dziesięciokrotnej ilości swojej wagi (polecane dla sportowców). Ze względu na zróżnicowane właściwości i zastosowanie nasion powinniśmy spożywać je codziennie. Ale tak właściwie co my możemy zrobić z tych małych nasionek? Już wyjaśniam. Nasiona Chia można użyć w następujący sposób:
  • jako dodatek do sałatek, owsianki, musli, ugotowanych kasz, ziemniaków, posypka do warzyw,
  • dodatek do koktajli,
  • zmielone nasiona chia można łączyć z mąką do wypieku ciast, chleba, naleśników,
  • do puddingów, sosów, zagęszczania zup.
Można także spróbować zasiać nasiona i poczekać, aż wykiełkuje z nich roślinka - ja to osobiście bardzo lubię, ale nie mam już miejsca na takie eksperymenty, co nie znaczy, że kiedyś nie spróbuję. ;)





Zdecydowaliśmy, że wypróbujemy nasionka Chia do przygotowania pysznej i pożywnej owsianki. Do przygotowania naszej owsianki wykorzystałam:
  • płatki owsiane,
  • wodę,
  • mleko - krowie, chociaż może być orzechowe,
  • miód/cukier,
  • rodzynki,
  • gruszki (takie z kompotu),
  •  Chia,
  • cynamon,
  • mielone siemię lniane.





Najpierw wsypujemy płatki do miseczki, ja zawsze daję mniej/więcej pół miski, a następnie zalewamy wrzątkiem tak, aby woda przykryła płatki i odstawiamy. Nie trzeba specjalnie odliczać czasu, bo owsianka będzie gotowa, gdy "wypije" całą wodę. Kiedy to już nastąpi zalewamy płatki gorącym mlekiem i mieszamy, ale trzeba to jeszcze jakoś dosłodzić. Polecam miód np. wielokwiatowy, ale jak ktoś nie lubi miodu, tak jak Dawid, to może spokojnie dosłodzić cukrem - ja z kolei nie słodzę cukrem. Najlepiej byłoby słodzić Ksylitolem (cukier brzozowy), który z resztą także otrzymaliśmy od ViVio, ale o tym opowiem już w kolejnej recenzji.




Kolejny etap to owoce i jak wspominałam u nas gruszki z kompotu, ale możecie dodać cokolwiek lubicie np. banany, truskawki, śliwki itp., a no i jeszcze dodałam trochę rodzynek sułtańskich. Teraz wkracza "gość specjalny", czyli nasiona Chia szałwii hiszpańskiej, które widzicie na zdjęciu powyżej. Dodatkowo doprawiłam naszą owsiankę cynamonem i zmielonym siemieniem lnianym, które również działają zdrowotnie.




Oto efekt końcowy, czyli bardzo smaczna i zdrowa owsiana z dodatkiem nasion Chia, mmm pychaa. ;) Jeżeli jesteście zwolennikami zdrowej diety i medycyny naturalnej polecam Wam serdecznie produkty, które możecie kupić w sklepie internetowym Cosdlazdrowia.pl, w którym znajdziecie wiele ciekawych produktów, które pomogą zachować zdrowy i silny organizm na długie lata. A może dopiero zamierzacie zmienić nawyki żywieniowe? W takim razie również polecam produkty ViVio, gdyż w ich asortymencie znajdziecie wszystko co Wam do szczęścia potrzeba. Dużo zdrówka.



poniedziałek, 27 października 2014

Czy Zoo jest dla każdego?


Ostatnio mało info o konkursach, bo albo zdarzały się kiepskie (mało nagród) albo jeszcze gorsze (dużo nagród, ale o wartości gumy do żucia), więc szkoda papieru by o nich pisać. Znalazłem jednak wenę żeby opisać naszą wizytę w bardzo niestandardowym ogrodzie zoologicznym. Niestandardowym, bo klatki nie mają pięciu metrów, a wybieg to nie kwadrat na który zwierzak robi tylko kupę. O czym mowa? O Zoo Ostrava. Ciągle rozbudowywanym pomimo pokaźnej ilości kilometrów, które już trzeba przejść.

Dużo jest osób, które hejtują zoo. A bo źle traktują zwierzęta (słyszy się więcej o złym traktowaniu zwierząt w naturalnych warunkach, ale w zoo? Pojedyncze przypadki), a bo zwierze się tam źle czuje (a czy człowiek mieszkający w Australii wie czy lepiej by mu było w Kansas? Nie wie, tak samo jak zwierze urodzone w klatce nie wie czy lepiej byłoby mu poza nią), a bo zwierzęta tam mają mało miejsca, a bo... no właśnie. Nie bo nie. Niemal jak z cyrkiem, o którym też kiedyś popełnię tekst.

Może niektóre ogrody takie są. Szczerze mówiąc nie wiem. W wielu nie byłem. Słyszałem sporo dobrego o Wrocławiu i sporo niedobrego o Chorzowie. Byłem zresztą w Chorzowie, jakieś 15 lat temu, nie pamiętam niczego poza zwierzakami widzianymi z kilometra. Zresztą to samo pisał Kominek o warszawskim zoo. Albo nie o warszawskim? To też było dawno, więc nie jestem w stanie sobie tego przypomnieć. Przekazał on jednak ciekawą tezę niejako zaprzeczającą mojemu pytaniu. Nie jest dla każdego, bo w dobie cyfryzacji każde zwierze możemy sobie obejrzeć z 20 centymetrów. Chociaż, co jest moim subiektywnym zdaniem, nie jest to podobne odczucie, jak patrzenie z metra na ryczącego lwa. Generalnie jak kto tam woli.

Ktoś może powiedzieć, cudze chwalicie... ale w sumie niezbyt mnie to obchodzi. Dla mnie jako Bielszczanina Ostrava jest niemal bliższa, niż Chorzów. Może nie tyle, co lubię Czechów co niespecjalnie lubię wybierać się do Silesii. Tak po prostu.

Pokażę Wam teraz jakie punkty powinno spełnić każde zoo, żeby miało sens i było przyjazne dla odwiedzających.

INTERAKTYWNOŚĆ. Najważniejsze. Bez tego można sobie każdy event wsadzić w kieszeń. Ile godzin można bezsensu chodzić i patrzeć "o, tu jest lew, tu lampart, a tam żyrafa". Czasami dotknięcie zwykłej świnki (za)morskiej jest lepsze. Ułożenie lokalizacji jest równie niesamowicie ważne. Zrobię Wam małą przeplatankę fotek żeby pokazać o co mi chodzi.

Zaraz na wejściu macie flamingi. Całe stado. Musiałbym mieć obiektyw szerokokątny żeby je wszystkie objąć. A cofnąć się nie było gdzie, bo za plecami czyhało złooo... Widzicie go? Lepiej nie podchodzić... nie wiadomo nigdy na jakim haju jest w chwili obecnej...

Zaraz po minięciu flamingów i króla atrakcji, czyli naćpańca rodem z Australii mamy chwilę dla siebie. Niby nic specjalnie poruszającego, ale jednak odrywa od zwykłego oglądania. Najpierw fontanna na samym środku trasy...

A potem system nawadniający. Można się pobawić, poprzepuszczać wodę w każdą stronę, chwilę się zatrzymać. Tu fragment z moją osobą. Generalne jest to dziesięć razy większe, wierzcie lub nie, nikt sprawdzać nie broni. ;)

O, a chwilę potem świnki. W sumie miałem od nich zacząć, ale uznałem, że pokażę (w miarę) chronologicznie. Ta fotka to też jakaś 1/50 świnek jakie tam się znajdowały. Ogólnie to był to taki wielki domek z wybiegiem. Niektóre bardziej dzikie świnki się chowały, ale spora grupa biegała za każdym, kto podszedł.

Niektóre sobie coś tam skubały...

...a tę chciałem ukraść. W sumie może by nie zauważyli <żałuję, że nie wziąłem>

Po drodze była też "poznańska" zagroda z koziołkami. Można było wejść i puczyć je jak Elmirka z Looney Toones. Nawet to lubiły. Tu akurat scena walki o nas. Wygrał czarny, tośmy go tarmosili. ;)

Ptaki, ptaki, ptaki... masa ich była zamkniętych, ale nie tylko. Pawie na przykład towarzyszyły nam co kawałek. Biegają sobie. To obok świnek, to obok placu zabaw, wszędzie tam, gdzie na dłużej zatrzymują się ludzie. <wyłudzają jedzenie> Generalnie towarzyskie i sympatyczne.


Ten struś akurat w zamknięciu, ale cały czas trzymał kontakt.

Sama końcówka. Nawet na ławce nie dadzą odpocząć. Pedałować trzeba. Ktoś musi wytwarzać im prąd, a wieczór się już zbliża...

 Usiadłem, bo nie było wcześniej wolnej ławki. Serio... . Wszędzie paparazzi... :/

Madzia znalazła inne miejsce. Nieco wyżej, ale chyba wygodniej.

Wspominałem o lwie. Macie więc ten okaz. Nie lubił flesza, mruczał co fotka.

A tu drugi kot. Biegał sobie między małpami, a krokodylami. Tośmy go uratowali... . Inni mieli jedzenie, więc sobie poszedł <niewdzięcznik> 

Jeszcze jeden kociak. One chyba nie lubią flesza. Fochy stroił, bo zdjęcie...

... w końcu dał się uprosić. Leżał i czekał aż wyjdzie ostro.

Niektóre zwierzaki nawet jedzeniem chciały się z nami podzielić. Miłe zwierzątko. Co chwila wysuwał pyszczek żeby go głaskać, albo dawać mandarynki. Dawno tyle cytrusów nie zjadłem.

Jedna z niewielu chwili grozy. Wyobraźcie sobie, że widzicie ciemne akwarium. Nie widać tam nic. Macie jedynie aparat, którego fleszem możecie sprawdzić czy nie ma tam rzeczywiście niczego... a tu... gdy jesteście kilka centymetrów od szyby coś na nią wskakuje. A w dodatku nie ma w pobliżu żadnego toi-toia. Też widzicie ten problem, jako coś nie do rozwiązania? :)

Chwilkę później było już miło. Bajecznie wręcz. "Gdzie jest Nemo" można bezpowrotnie skasować. Problem rozwiązany, znaleźliśmy.

 Jego kolegę zresztą też. Włóczyli się razem na jednej rafie.

Jak widzę tyle małp w jednym miejscu, to w głowie mam tylko napis "ready to rumble". Były z niedźwiedziem, miały dookoła 3 kilometry, ale skakały jedna po drugiej. Zadyma przednia.

Generalnie zdjęć jest pół aparatu. Pokazałem tylko część. Zwierząt jest masa, więc niekoniecznie chodziło mi o to, żebyście każdy napotkany gatunek zobaczyli. Wolałem pokazać, że większość zwierząt (wiadomo, każde jest inne) na prawdę czuło się tam swobodnie. 

A że interesuje mnie wasze zdanie, to na koniec pytanko. Lubicie zoo? Chodzicie? Byliście kiedyś? Napiszcie w jakim i jak się podobało.

Na koniec macie pisklaki. Nie można nie lubić pisklaków. :)

Archiwalne posty