Blogger Tips and TricksLatest Tips For BloggersBlogger Tricks
  • Na co komu Walentynki?

    https://1.bp.blogspot.com/-L-oqFfgiJiE/VtR2XPf-C7I/AAAAAAAAR10/_vP_Fh7RUGM/s1600/Walentynki.jpg

    Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co?

  • Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.

    https://3.bp.blogspot.com/-VQbFtKWIXog/VtR2W9VkR8I/AAAAAAAAR1w/1WalvO74vP8/s1600/blue_monday.jpg

    Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka.

  • Sposób na brak wolnego czasu.

    https://4.bp.blogspot.com/-50ElqJeV1Ts/VtR2YvUc33I/AAAAAAAAR18/LzXVso3XQf4/s1600/sposob_na_brak_wolnego_czasu.jpg

    "Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

  • Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)

    https://4.bp.blogspot.com/-T_vzTY2k51g/VtR2ZtmpSoI/AAAAAAAAR2A/yuH5g12TgUE/s1600/typy_klientow.jpg

    Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju.

  • Liebster Blog Award czyli krótkie Q&A

    https://2.bp.blogspot.com/-O7FIw6YCmOo/VtR2XWUFGMI/AAAAAAAAR14/TtdA47OlZ70/s1600/liebster.jpg

    Weronika nominowała mój blog do odpowiedzi na Liebster Blog Award. Jest to cykl w którym blogerzy nominują 11 blogów do odpowiadania na 11 pytań w dowód uznania ich pracy.

niedziela, 1 maja 2016

Lubię pracować w niedzielę




Pewnie większość z Was wie, że miłościwie nam rządzący chcą ustawowo zakazać pracowania w niedzielę. 80% głosów należy do partii rządzącej i w sumie nie mnie oceniać czy zmiana partii będącej u sterów była dobra czy zła, bo nie lubię się w polityczne tematy mieszkać. Natomiast obecnie mocno dotknęli sfery, w której pracuję i chcę napisać... STOP.

Zacznijmy od tego, że niedziela to dzień wolny głównie przez to, że nasz kraj jest pro-katolicki. W innym kraju moglibyśmy żądać wolnej soboty, w jeszcze innym pewnie znalazłby się poniedziałek. Dla mnie ten dzień jest jak każdy inny. Dlaczego? Ano gdy tylko skończyłem 16 lat to ze zgodą rodziców poleciałem do najbliższego marketu, żeby móc zarabiać sam na jakieś drobne wydatki. Od zawsze lubiłem mieć pieniądze, jakiś stopień niezależności. Wiadomo, na mieszkanie czy jedzenie się nie dokładałem, bo to jeszcze nie był ten moment, ale przynajmniej na kino czy piwo nie musiałem upraszać rodziców, tylko wyciągałem z własnej świnki skarbonki. Uczeń gimnazjum, potem technikum czy student dzienny wolne ma zwykle w... sobotę i niedzielę. Jest to dla mnie dość oczywiste, że pomimo, że czasami trzeba się pouczyć to spora część młodzieży zwyczajnie ten czas marnuje. Wiadomo, marnowanie czasu jest fajne, ja jednak wolałem spędzać ten czas efektywniej.



Tu dochodzę do momentu, który podnosi mi ciśnienie. Jeśli ktoś ustawowo zakaże handlu w niedzielę to większość osób, które będą chciały iść taką drogą jak ja będą miały zablokowaną drogę. Mało tego - jeśli już tak pracują, zostaną zwyczajnie zwolnione. Masa merchendiserów, promotorów czy ambasadorów pracuje głównie na zasadzie sobota - niedziela. Myślicie, że ktoś będzie utrzymywał stanowisko pracy dla osoby, która będzie pracowała 4 dni w tygodniu? Zwłaszcza, że wchodzić ma kolejna ustawa, ograniczająca umowy śmieciowe i zakładająca wynagrodzenie minimalne... . Większość pracujących obecnie będzie musiało albo częściowo olać edukację (bo z systemu sobota-niedziela, firmy przejdą na piątek-sobota), albo... zrezygnować z pracy i być całkowicie zależnymi od rodziców. 


Politycy tym samym pchają się w portfel każdego z nas jak mało kiedy dawniej. Ja polubiłem pracę w niedziele. Pracuję tak od ponad 14 lat. Czemu ktoś ma mi mówić, że jest to złe? Czemu cały czas stado baranów płacze nad "biednym panem który wykłada towar w niedzielę i biedną panią kasjerką, która chciałaby spędzić czas z rodziną", podczas gdy w niedzielę, święta etc pracuje masa innych stanowisk? Nie mówcie im, że w niedzielę i święta pracują też lekarze, policjanci, strażacy, taksówkarze, stacje benzynowe, apteki, kierowcy autobusów, kolejarze, pracownicy bramek na autostradach, piloci, stewardessy, kontrola lotów i pierdyliard innych osób. Ich świat wtedy zawali się już w całości, a morze współczucia wyleje się bardziej, niż Nil na lecie.





A tymczasem uciekam pogrillować. Pogoda sprzyja.

niedziela, 27 marca 2016

Umyj okna dla Jezusa. Życzenia wielkanocne



Na początek życzę Wam Wesołych Świąt spędzonych w fajnej atmosferze. I mało do zrzucania po świętach, bo wiadomo, jedzenia zawsze w święta za dużo, a zmarnować się nie może. I nie, nie wytłumaczysz babci, że jadłeś 10 minut temu. Przyszła pora na kolejny posiłek. ;)

Przy okazji świąt natrafiłem na jeden mem internetowy... Idą święta, umyj okna dla Jezusa. Generalnie nieco szydera, ale daje domyślenia... a przynajmniej mnie. Święta kompletnie nie są już tym, czym były dawniej. W sumie to nie tęsknię, bo podejście do wiary też mi się gruntownie zmieniło, ale tak przy świętach Bożonarodzeniowych, jak i Wielkanocnych więcej jest przygotowywania, całodziennego sprzątania wszystkiego co się da włącznie z trzepaniem dywanów i porządkowaniem strychu, niż realnego myślenia o świętach... a czasu w te święta na cokolwiek świątecznego jest mało...


Jakby nie było Święta Wielkanocne mają na dobrą sprawę jeden dzień - niedzielę. Jestem Ewangelikiem, więc dla nas najważniejszy jest piątek, natomiast po piątku następuje kompletnie nieważna sobota w którą się zwykle sprząta, gotuje etc. Potem przychodzi niedziela.... no i poniedziałek, który jednak jeśli ktoś pracuje w gastronomii czy jakiś usługach już jest niestety dniem pracującym. Dziwne to i pewnie nie o taką Polskę walczyli, ale tak to obecnie wygląda. Poniedziałek przestał być świętem typowo wolnym i zaczął być jak drugi dzień świąt Bożonarodzeniowych, tyle że tam jest to trzeci wolny dzień (jeśli ktoś oczywiście nie pracuje w Wigilię, co też jest w sumie w standardzie), tutaj natomiast drugi. Piękny dzień za oknem, więc korzystajcie z niego jak najbardziej możecie, bo kolejny odpoczynek dopiero w weekend majowy.



Dziś króciutko, przeznaczcie czas dla rodziny przy wielkanocnym stole. :*



poniedziałek, 21 marca 2016

Gościnność po żywiecku? Viva La Sopressa Drama




Ostatnio spędzam dużo czasu poza domem. W myśl zasady, że większość ludzi umiera w domu, wolę w nim zbyt wiele czasu nie przebywać. Przebywanie jednak w jednej z pizzerii żywieckiej przyprawiło mnie o przemyślenie, że gdybym umarł właśnie tam to szanse, że ktoś by mnie znalazł byłyby bliskie tym, gdybym mieszkał samotnie w kawalerce, na skraju miasta. Ale po kolei...

Wraz z Moniką i Szymkiem (zbieżność imion przypadkowa lub nie) uznaliśmy, że wyjdziemy po pracy na pizzę. W Bielsku jest niby wiele pizzerii, ale zawsze milej jest pojechać gdzieś dalej, a koleżanka poleciła nam jedną z żywieckich pizzerii, co było dość ciekawą alternatywą. Wraz z uruchomieniem obwodnicy do Żywca jedzie się z 15 minut, czyli tak samo długo co na obrzeża Bielska. Pizzeria Viva La Sorpresa, bo tak nazywało się to miejsce mieści się zaraz obok parku w Żywcu, czyli potencjalnie najlepszej lokalizacji w tej części Polski. O ile byłem kilka razy w Żywcu o tyle nie znalazłem lepszego miejsca do którego ktoś mógłby zabrać tam kogoś na randkę, spotkanie, cokolwiek. Wiecie - park (z którego kiedyś wrzucę Wam fotki, bo jest niesamowicie efektowny), do tego dobre jedzenie. Ciężko taki handicup spieprzyć. Ale...


Weszliśmy. Pierwsze, co mnie mocno zdziwiło, to pięć osób za barem. Myślałem, że ktoś zrobił Ctrl C+ Ctrl V na kelnerze, ale nie. Koleżanka powiedziała Dzień dobry, na które nie otrzymała odpowiedzi. Ja w ogóle nie powiedziałem zakładając, że kultura pracy odwraca kolejność. Gdy przychodzisz do czyjegoś domu w gości to powinieneś powiedzieć Dzień dobry, jednak... gdy przychodzisz do sklepu, restauracji czy czegoś w ten deseń to wymogi odwracają tę sytuację. Przywykłem. Nie zrażeni początkowym faux pas poszliśmy zwiedzać pizzerię. Nie zrobiłem fotek wystroju z racji tragicznego światła tamże. No i pajęczyn na lampach, ale o tym potem. Wybraliśmy drugie piętro. Dziwne, ludzi w środku może z pięć, a pizzeria ma dwa piętra. Może miewała lepsze momenty niż podczas naszej wizyty?

Pierwsze piętro miało swój bar. Nietypowo jak na taką małą pizzerię, no ale może jednak na prawdę zwykle tam jest pełno? Problem polegał na tym, że kompletnie nikt nie obsługiwał tego baru. Po początkowych rozmowach ustaliliśmy zamówienie. W zasadzie siedzieliśmy, siedzieliśmy i... siedzieliśmy i kompletnie nikt się nami nie zainteresował. Zdarzało mi się bywać w różnych miejscach, gdzie przez ogromną ilość klientów kelnerowi przytrafiło się mnie nie zauważyć, ale tutaj było zupełnie inaczej. Przechodził nawet obok nas kelner, który sprzątał stolik obok. Pomyślałem sobie, że pewnie po odniesieniu talerzy przyjdzie. Nic bardziej mylnego. W przypływie skrajnych emocji wpadłem na pomysł żeby zamówić pizzę przez telefon. Zabawny pomysł musiał zostać zrealizowany i tym sposobem złożyłem zamówienie po czym... dowiedziałem się, że rozmawiam z kierowcą, który aktualnie jest w trasie. Rozumiecie to? Pięć osób za barem, a zamówienia odbiera kierowca, który albo jedzie autem i trzecią ręką zapisuje zamówienie i adres albo właśnie jest w trakcie dostawy. Nic dziwnego, że odebrał za trzecim razem. 


Miałem ochotę zwyczajnie wyjść, bo skoro siedzieliśmy tam 40 minut i kompletnie nikt nie przyszedł po zamówienie to albo z nimi jest coś nie tak albo ze mną. Może oba, ale w tym przypadku nic ich nie tłumaczy. Jednak głód kazał mi walczyć. Zszedłem w końcu na dół żeby zobaczyć czy może na przykład nie zamknęli uprzednio nas nie informując, ale za barem stały trzy osoby, więc wszystko w najlepszym porządku. Złożyłem zamówienie, po czym chciałem powiedzieć, że siedzimy na górze, ale "kelner" mnie ubiegł podając tackę żeby mi się łatwiej niosło. #noszkurwa . Jakby tego było mało tacka się cała lepiła, a o toaletę celem umycia rąk bałem się zapytać, bo jeszcze usłyszałbym, że siku to w parku za drzewem czy coś. Dopełniłoby to jakość obsługi.

Po jakimś czasie (tu akurat poszło w miarę szybko) wjechała pizza. I znów ambaras. "Kelner" przyniósł (czyli jednak cokolwiek tu przynoszą, bo spodziewałem się bardziej krzyknięcia z dołu "weźcie se pizzę, bo już jest") dwie pizze i... jeden talerz. Na prośbę czy dałoby się zorganizować więcej talerzy zapytał "ile?". Popłakałem się ze śmiechu, ale fartem udało mi się w międzyczasie wypowiedzieć, że jesteśmy w trójkę i mamy jeden talerz. Bałem się czy zrozumie, a że zniknął na dobre to zdążyliśmy część pizzy już zjeść. W sumie da się bez talerzy, ale jednak średnio lubię kruszyć jedzeniem po stole. W końcu nadszedł rzucając niemal dwa talerze przede mnie. Wprawdzie mógł je podać każdemu osobno, no ale byłoby to zbytkiem łaski.


Jedyne do czego nie mógłbym się przyczepić to pizza. Jak na dużą nie była jakiś wielkich rozmiarów, ale fajnie, równo rozłożona składnikami i może to jej urok, może to... mój głód, ale w tym miejscu nie miałbym się do czego doczepić. Sera było też sporo i spodobało mi się to, że rozłożyli go na rantach, przez co jedzenie ich nie przypominała jak w typowej pizzerii - jedzenia wczorajszej bułki, tylko coś na wzór tych bułek z serem z marketów. Lubię je więc ranty serowe również. Jedzenie umilało nam oglądanie wystroju. Widać po pajęczynach i kurzu, że kelnerzy starają się swoją pracę ograniczyć do minimum. Mówią, że jaka płaca, taka praca, więc pewnie kokosów chłopaki tam nie zbijają.

Na koniec jeszcze jedno zaskoczenie. Pracowałem w wielu miejscach jeśli chodzi o gastronomię. Wszędzie funkcjonowała zasada, że siedzi się do ostatniego klienta... jednak nie tam. Punkt 23 kelner uświadomił stolik obok, że zaraz zamykają. Zapytałem go czy przypadkiem nie mają do 24 na co stwierdził, że musiałem pomylić pizzerie. Fakt, pomyliłem i drugi raz mi się to nie przytrafi. Pizzeria znajduje się przy Tadeusza Kościuszki 33a - w drodze do parku omijać szerokim łukiem.

La sorpresa to po hiszpańsku niespodzianka. Takich niespodzianek więcej bym nie chciał. Są jakieś żywieckie pizzerie/restauracje na poziomie? Cena jest najmniejszym kryterium, bo nawet przy zostawieniu 70zł na barze nie spodziewałbym się obsługi na poziomie baru kebabowego (nie urażając budek z kebabem, bo w wielu było znacznie milej).


wtorek, 15 marca 2016

Biegania ciąg dalszy. Wrzucam drugi bieg.



Pisząc ten tekst wyglądam na swój sposób dziwacznie. Dziwacznie jak na faceta, bo facet w leginsach i obcisłej bluzie zawsze wygląda dziwacznie, a przynajmniej tak się utarło. Całe szczęście, że podczas biegania tak o tym nie myślę. Tak, wróciłem do biegania. Kiedyś już pisałem o bieganiu, wtedy był taki czysty falstart. Bo niby wystartowałem, cieszyło mnie to, ale mobilizacja była dość krótka. Teraz czuję, że może się skończyć miłością życia. Albo chociaż kilku sezonów.

Na mój poprzedni tekst o bieganiu mogliście natrafić tutaj, był dość mocno komentowany, w odróżnieniu od ostatnich tekstów. I tak was lubię, pomimo braku komentarzy, bo statystyka mi mówi, że wpada was tu sporo. Co do pierwszych biegów po przerwie to mam takie wrażenie, jak Kominek, a raczej Jason Hunt jak zaczynał biegać. Co prawda moment w którym padałem na ryj po przebiegnięciu 300 metrów mam już za sobą, co nie zmienia faktu, że dookoła mnie są niemal same górki, więc gdzie bym nie pobiegł to jest więcej podbiegów, niż rzeczywistego biegania.


Kilka dni temu wybrałem się wraz z koleżanką, aby wybrać jakieś ubrania do biegania. Trochę mnie znacie i pewnie wiecie, że bez dodatkowej motywacji nie mógłbym zacząć biegać. Poza tym biegając w starych dresach dziwnie się czułem. Kupiłem więc leginsy, bluzę, koszulkę oraz opaskę, dzięki którym mam autentyczną ochotę na bieganie nawet po pracy. W sumie to mam też ochotę na bieganie przed, ale zwykle odmawiam sobie tej przyjemności pamiętając w jakim stanie czasami z biegania wracam. Uznałem, że lubię biegać wieczorem. Wiecie, całkowita pustka na trasie, szum zasypiającego miasta w uszach i masa przemyśleń. Ja i trasa. Trasa i ja. Mogę wszystko. Nie muszę nic. Nie mam założeń, planów. Nic ponad siły. Gdy chcę - biegnę, gdy uznam, że na dziś wystarczy te 30 minut, to kończę po nich. Jeśli w połowie uznam, że spacer w drodze powrotnej będzie miłym doświadczeniem, to tak też robię.

Bieganie przez to wydaje mi się takim sympatycznym sportem. Bez zbędnej presji, narzucania reguł. Wiadomo, na poziomie półmaratonów czy maratonów dochodzi jakaś rywalizacja. Natomiast jest to bardziej rywalizacja z samym sobą, niż z przeciwnikami. Jeśli mocno się przygotujesz to nic nie stanie Ci na drodze. Fajna perspektywa. Niby zawsze lubiłem sporty drużynowe. Piłka nożna sprawiała mi autentyczną przyjemność. Nawet siatkówka, która niby mnie specjalnie nie pociągała, ale uprawiana kilka lat mogła cieszyć. Patrząc jednak wstecz najbardziej realizowałem się w tenisie stołowym. Wszystkie wyniki były wytyczną potu, który wylałem wcześniej na treningach. Wydaje mi się, że tak samo jest z bieganiem. Ile dam z siebie, tyle bieganie da mnie. A co potem? Czas pokaże.


Tak, biegam bo to modne. Nie lubię udowadniania komuś, że nie jestem wielbłądem. Wydaje mi się, że taka postawa jest dość oczywista. Gdyby w Polsce nastał boom na bierki to zabrakłoby ich na półkach. Ciężko interesować się czymś o czym się nie słyszało, a że ciężko nie trafić na temat o bieganiu, toteż zainteresowałem się tym jakieś pół roku temu. Nie wiem czy mam ku temu predyspozycje i czy skończy się na czymś więcej, niż godzinnych truchtach dookoła Straconki. Dla mnie to póki co bez znaczenia. Czas pokaże.

W bieganiu podoba mi się też brak ograniczeń. Nie trzeba rezerwować hali, nie trzeba zbierać nie wiadomo jakiej liczby osób. Jeśli się nie chce to można nawet wziąć stare buty, naciągnięte przez siedzenie przed telewizorem dresy i po prostu wyjść z domu. Na ile? Na dokładnie tyle, ile chcemy. Aktualnie nie mam norm. Żadnych. Czytałem kilka poradników, zalecały jednego dnia biec 20 minut, innego 30, po pół roku godzinę. Bezsensu. Dziś padało, więc biegałem 30 minut. Ostatnio było, jak na zimę, ładnie, więc biegłem ponad godzinę. Część biegłem, część truchtałem, a momentami szukałem lepszego kawałka na mp3ce. Czas nie jest ważny, odległość nie jest ważna. Liczy się tylko przyjemność.





niedziela, 28 lutego 2016

Warsaw Shore 5! Alanik nigdy nie traci formy?




Czy Warsaw Shore straci na oglądalności przez brak Alana Kwiecińskiego? Czy odejście kolejnego z liderów grupy odbije się na tym co będzie działo się w programie? Kto teraz będzie samcem alfa?

28 luty. Jednak z Anią dużą, która początkowo miała zrezygnować z udziału w programie przez swą miłość - każdy chyba pamięta jej tekst wejściowy z pierwszego sezonu Męża szukam, miłości szukam. Z udziału z programu zrezygnował jednak Alan Kwieciński. Alanik "nigdy nie traci formy" zdecydował, że sporty walki kręcą go bardziej niż imprezowanie i wrócił do treningów. Ciężko powiedzieć co miało decydujący wpływ na decyzję, bo w Summer Campie nie dogadywał się z ekipą, miał problemy emocjonalne i rozpierała go energia. Problem w tym, że Polska edycja przeżywa kryzys. Najpierw odeszła Elizka, najbardziej charakterystyczna z dziewczyn o którą walczył Trybson i Paweł. Paweł Trybała wygrał i ikona tego programu, autor kultowego hasła "Krzycz Trybson" i postać bez której Warsaw Shore byłoby tak ciekawe jak Klan odszedł razem z Elizką. W międzyczasie odchodzili inni. Śmietana był jaki był, ale wnosił do każdego odcinka chociaż trochę siebie. Nie lubiłem za to Ptysia, który pojawił się w drugiej serii, kompletnie nic nie robił poza leżeniem na kanapie, a znalazł się znów w programie. Niby coś teraz działa, ale pewnie gdyby nie było w programie Klaudii to jego postać byłaby barwna jak w sezonie drugim, czyli niestety w ogóle.

Do 5 sezonu wraca Ewelina. Była Pawła wróciła już wprawdzie w "Oglądaj z dziewczynami", ale obecnie wraca na stałe do sezonu. Jestem trochę ciekaw jej zachowania, bo tak naprawdę nigdy nie robiła nic poza polowaniem na Pawła. Od pierwszego dnia zadebiutowała w bzykalni i na stałe próbowała usidlić największego ogiera programu. Obecnie będzie musiała mieć jakiś pomysł na swój udział w programie.



Niespodzianką będzie debiut braci. Paweł i Piotrek Klukowie mogą mocno zaskoczyć. Publika WS przyjęła ich raczej chłodno, ale może od początku ciekawie zadebiutują? Widziałem kilka fotek z Damianem i liczę, że będą solidnym wsparciem dla Świeżego. Tak na prawdę Świeży mimo podzielonych opinii o nim ciągnie oglądalność i cały program w górę. Kiedyś takim kimś był Paweł Cattaneo, ale jak wiadomo - żyjąca legenda nie trwa wiecznie. Nie zastosował się do zasady, o której sam mówił w pierwszym sezonie. Gdzie się mieszka i pracuje tam sie ch%^$# nie wojuje.

Polskiej wersji brakuje niestety sporo do Ekipy z Newcastle, nie wspominając już o kultowej serii z New Jersey. Chociaż mówiąc szczerze Polska nie jest krajem w którym taki reality show mógłby się sprawdzić. Tu do dziś mówi się o "skandalu" w Big Brotherze z udziałem Frytki i Kena. Tu liczba partnerów seksualnych na całe życie to 3. Amerykanie mają dwa razy tyle, a to i tak pewnie statystyki bardziej z małych miasteczek, niż Kalifornii czy New Jersey. My mamy zamiast tego walkę o "gdzie jest krzyż" i wieczne oburzenie na to ile w programie strasznych rzeczy się dzieje, podczas gdy pokazuje w sumie... normalne życie, normalnych ludzi na imprezie.

Ja w sumie nie mógłbym nie oglądać, bo od czasów Big brotherów tego typu programy towarzyszą mi stale. Ciekaw jestem zachowań uczestników, ale jeszcze bardziej opinii ludzi oglądających. A chyba jeszcze bardziej nie oglądających. Oglądacie?

środa, 24 lutego 2016

Typowy sprzedawca, ekspedient, kelner :/


Dawno nie hejtowałem. I może to nie taki klasyczny hejt, ale pewnie też nieraz trafiacie na taką sytuację i nóż sam się w kieszeni otwiera, a jednak nie robicie nic. A może jesteście jak ja?

Jestem typem roszczeniowca. Człowieka, który zawsze walczy o swoje. Nie tak, jak te komisje na siłę próbujące dojść do "prawdy". O Bolku, samolocie, czymkolwiek. Chodzi mi raczej o ten typ roszczenia, że jeśli jestem do czegoś przekonany czy wręcz pewny to lubię to zaznaczyć nie tylko w wypowiedzi, ale i w zachowaniu. Nie zrozumcie mnie źle. Miewam stany, gdy jest mi wszystko obojętne, bo np jest mi na tyle w danej sytuacji dobrze, że czy wieczór potoczy się w jedną czy drugą stronę to i tak będę zadowolony. Jednak gdy toczy się nie po mojej myśli to na reakcję nie trzeba długo czekać.

Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy nie potrafią się odezwać, gdy komuś coś nie pasuje. To przez nich ten tekst i przez nich ten problem, bo nigdy nie potrafiłem przyklasnąć ludziom siedzącym cicho. Na przykładzie związku wolę zwykle zwrócić uwagę na byle głupotę, niż potem irytować się za każdym razem. Wiecie - nieopuszczona deska wkurza kobiety zawsze. Dzień, miesiąc, rok i najbliższe 50 lat. A wystarczyłoby, aby kobieta po prostu powiedziała, że prosi żeby ją opuszczać, normalny facet zrozumie. Problem rozwiązany, mniej nerwów i rozczarowań. Ale nie o tym dziś chciałem, chociaż bezpośrednio ruszyłem typ ludzi, przez których dany problem się pojawia.


Lubię zakupy. Jestem niestandardowym typem faceta, który miewał wręcz za dużo koleżanek, bo autentycznie lubię przejść się po galerii i obejrzeć nowe buty w 20 sklepach czy poszukać zwykłego t-shirta na dziś w trzech galeriach. Skoro mam chwilę wolnego i żadnych planów to dlaczego nie. Nie rozumiem tylko jednego... większość sieci jest z pozoru nastawionych na klientów, a tak naprawdę traktują ich jak niedorajdy. O ile lubię rzucone "Dzień dobry", gdy wchodzę, bo to takie sympatyczne przejawienie faktu, że ktoś zauważył, że potencjalnie chciałbym u nich zostawić wypłatę, o ile już pytanie "W czym mogę pomóc" zawsze mnie irytuje. Dlaczego? Ano dlatego, że pomóc mogę sam sobie. Jak już znajdę to, co chcę kupić to najzwyczajniej w świecie właśnie to wezmę. Rozumiem, że bywają typy klientów, którzy to wchodzą do sklepu i proszą o białe polo w rozmiarze S. Nigdy tak nie miałem, więc o ile dam radę odnaleźć moją rozmiarówkę to z zakupami poradzę sobie sam.

A jeśli sobie nie poradzę to... podejdę i zagadam. Wiem, że dla niektórych facetów podejście do ekspedientki może być równie trudne, jak zagadanie do potencjalnie nowo poznanej kobiety na przystanku, jednak większość ludzi nie ma z tym problemu. Jeśli więc miałbym kłopot ze znalezieniem rozmiarówki to podszedłbym i zapytał o sprawdzenie w komputerze, magazynie, gdziekolwiek.

To samo ze sprzedawcami w sklepach w których pracuje. Jest taki standard, który jednak nie do końca według mnie spełnia wymogi jakiegokolwiek klienta. Znaczy wyobrażam sobie gościa, który chce kupić telewizor, ale na myśl, że ma wejść do sklepu i zapytać sprzedawcę (albo na Boga - sprzedawczynię!) o cokolwiek, rezygnuje z zakupów albo robi je przez internet. Większość klientów w przypadku zagubienia się w temacie zapyta o punkty naprowadzenia.


Jeszcze gorzej jest w restauracjach. Tam jako wyraz troski zdarza się najczęściej "Czy niczego Państwu nie brakuje" lub też "Czy życzą sobie Państwo jeszcze czegoś?". Rozumiem, że będąc w restauracji o wyższym poziomie niż okoliczny bar sałatkowy dostajemy też w ramach wyższej ceny kelnera prowadzącego. Kelner taki musi być miły, chodzi po nasze zamówienia, a na koniec dostaje od nas napiwek. Jedyne czego nie lubię, to właśnie tych pytań. Zamawia sobie człowiek posiłek, prosi aby po 20 minutach od posiłku wjechał deser, a wraz z nim przykładowe piwo. Kelner może zrozumieć, że organizacyjnie nie przeskoczy niczego. Po 30 minutach przychodzi i pyta czy czegoś mi nie trzeba. Zwykle przerywając mi w jakiejś rozmowie czy pracy na laptopie. Gdybym potrzebował pomocy, to naprawdę bym o nią zapytał. Zwłaszcza jeśli widzę kelnera średnio co kilka minut, bo obsługuje też inne stoliki.

Rozumiem, że to wszystko standardy. Standardy do których wykonywania są zmuszani ludzie, którzy normalnie by czegoś takiego nie robili, ale standardy powinny być ustalane pod klienta. Koło powinno się zapętlać. A nie zapętla się.



 PS. Tekst miał ukazać się w poniedziałek, ale przez powrót śniegu, zimna i ciemności czuję się mniej więcej jak ten psiak z góry. ;)


niedziela, 14 lutego 2016

Na co komu Walentynki?



Miliardy serduszek. Baloników, lizaków, kwiatków, misiów. Po co? Aby jeden z 365 dni uczynić lepszym. Dlaczego? Po co? Lecimy.

Walentynki obchodzono niemal od średniowiecza, ale historii może wam oszczędzę, gdyż historia kupidyna jest tak zawiła, że w zasadzie nie wiadomo kto jest odpowiedzialny za ten serduszkowy zawrót głowy. Na pewno związane jest to z Włochami, a do nas przywędrowało jak tanie samochody i odzież - z Niemiec. Jako Słowianie też mamy własne święto, które jednak jest nieco zapominane, ale o tym innym razem.

Na tekst pomimo braku snu w ostatnim czasie, zdecydowałem się temu, bo uznałem, że szopka Walentynkowa trwa stosunkowo zbyt długo. Miliardy osób święto hejtuje, ale jednak i tak je spędza, bo w zasadzie myśli, że "ta druga" osoba oczekuje czegoś tego dnia. Kiedyś przejmowałem się takimi oczekiwaniami, obecnie uznaję, że to dzień zupełnie taki sam, jak pozostałe dni w roku.

Bawi mnie fakt, że typowy Janusz 14 lutego zdejmuje koszulkę "żonobijkę", udając się po jakieś Tofifi czy inne Rafaello, zależnie od tego które były tego dnia na promocji w pobliskim Monopolu. Promocja ma tu kluczowe znaczenie, bo przecież musi starczyć na "Żytnią" co by wieczór był bardziej romantyczny. Grażyna za to w końcu znalazła Apap! Pomimo braku seksu od tygodni (albo i miesięcy) w końcu na dziś będzie gotowa. Zero bólu głowy, w końcu Janusz kupił czekoladki. Pamiętał o święcie. Nie żeby telewizja, radio, internet, a nawet reklama chwilówek przypominała mu o tym średnio co pół godziny. Szkoda, że środki masowego przekazu nie przypominają o rocznicy, no ale od czegoś jest przypomnienie w telefonie. Może Janusz w końcu nauczy się z niego korzystać. I idąc tą historią - kicz dopełnią świeczki, takie małe, których zawsze Grażyna używa żeby zabić zapach z papierosów. Dziś natomiast staną w lepszym miejscu. Na piedestale, zaraz koło ekskluzywnych literatek na wódkę. Upojny wieczór, zakończony nad ranem. A rano? W końcu 15ty... można wrócić do awantury do śniadania.

Rok ma nieco więcej dni, niż jeden. Jeśli kogoś lubisz, lubisz bardziej, a może i kochasz, to okazuj to każdego dnia. Każdy dzień może być okazją żeby dać kwiatki, czekoladki, wziąć na spacer, kino, kolację, cokolwiek. Zamiast tego mamy w Walentynki wysyp Januszy, atakujących wszelkie możliwe miejsca od tych typowo wykwintnych do typowych spelun, bo nigdzie indziej już miejsca nie było. Raz zdecydowałem się dołączyć do tego "magicznego" grona. Najlepsza pizzeria w mieście. 2 godziny czekania na posiłek umilony gwarem jak na dworcu pkp zaraz przed odjazdem pociągu jadącego przez pół Polski. Wspominam dramatycznie. Nie powtórzyłbym nawet w momencie, gdybym dostał za darmo najlepszy stolik i open bar.


Dziś sprawdzaliśmy repertuar bielskich kin. O strategicznej 18,30 zajęte wszędzie. Wszystko. Dobra pora, w sam raz na jakiś kebab po kinie. My ekipą lecimy na Deadpoola. A święto zrobimy sobie kiedy nam się zachce.

środa, 10 lutego 2016

Ile trzeba spać? Jak? I z kim.



Temat taki, który już dawno chciałem poruszyć, a który powoduje niejednokrotnie u mnie palpitacje serca i skrajne emocje. Pytanie z tematu postawiłem i jest jakie jest, jednak bardziej zależy mi na zdefiniowaniu tego... w jakich porach spać. Wiele osób zarzuca mi, że śpię długo, ale zwyczajnie śpię w innych przedziałach godzinowych. Ostatnio pewien naukowiec, Paul Kelley doszedł do dość optymistycznie nastawiających mnie faktów. Dzieci nie powinny wstawać przed 8,30, nastolatki o 10, a 20+ o... 11. Wcześniej mózg człowieka nie funkcjonuje tak dobrze, jak mógłby w późniejszych porach.

Piszę o tym dlatego, bo zawsze czułem, że coś jest nie tak. W podstawówce większość zajęć zaczynała się o 7 i pamiętam, że zawsze miałem problemy z przedmiotami zaczynającymi się o tej porze. W gimbazie miałem kosmiczny problem z biologią, którą mieliśmy o 8mej, jednak prawdziwy problem pojawił się na studiach. Bezproblemowo roznosiłem wszystkie kolokwia czy egzaminy, które ktoś rozpisał na 12 czy 15tą, ale raz wyłożyłem się na wręcz niemożliwie prostym egzaminie z którego po wyjściu powiedziałem "tego się nie dało nie zdać" co stało się dość kultowym tekstem, bo...nie zdałem. Egzamin był o 8 i po wstaniu o 6 celem przypomnienia sobie jeszcze kilku ważniejszych zagadnień podczas egzaminu czułem się jakby nieobecny. 


Aż przypomniał mi się ten tekst piosenki Chojnackiego i Piaska. Budzikom śmierć było dość dobrze znanym hitem, część z was wtedy chodziła z drabiną na truskawki, ale część będzie kawałek znać. Jest tam fajny fragment "telefon dzwoni, a może go zjeść" co dość mocno oddaje moje emocje rano. Do tego stopnia, że codziennie przed położeniem się wyłączam wszelkie dźwięki w moim telefonie. Daje to swego rodzaju komfort - kompletnie nikt mnie nie obudzi. No może poza sąsiadem z wiertarą, bo bloki mają to do siebie, że cisza mocna jest ustawiona jeszcze "komunistycznie". Zwykle 22-6 gwarantuje sen, bo zarządzający spółdzielnią mieszkaniową nie doszli chyba jeszcze do tego, że obecnie dość mało osób pracuje 6-14 i zwykle cisza nocna jest tematem bardziej do dogadania, niż realnym ustanowieniem ciszy.

Oczywiście nie ukrywam, że wywód to opinia bardziej moja, no i tego doktora, aczkolwiek ilu doktorów tyle teorii, więc nie przywiązywałbym do tego większej wagi. Ja natomiast rzadko budzę się przed 10 co rozumie tylko co któraś napotkana osoba. Większość wstaje z kurami, jeszcze przed wschodem słońca, ale jak to ktoś powiedział...


Ano właśnie. A dobry humor to dla mnie wyspanie i optymistyczne nastawienie, którego jak każdy wie nie można mi zabrać. Pozostała jeszcze kwestia długości snu. Tu temat jest jeszcze bardziej dyskusyjny, bo o ile najmłodszy Polak - Krzysztof Ibisz stwierdził, że 8 godzin jest niezbędnym minimum aby wyglądać młodo, to ja w zasadzie śpię około 7, a wyglądam na znacznie mniej, niż mam. Jacyś naukowcy (czytałem o tym kiedyś) doszli do wniosku, że jest to uzależnione od konkretnej osoby i można sen ograniczyć nawet do 6 godzin. Ja po 6 czuję się źle i staram się spać minimum 7, a jeśli mogę 8, ale zwykle kończy się to tym, że jeśli pozostało mi wieczorem 8 godzin snu to... odpalam jeden odcinek serialu. Ponoć spanie krótsze, niż 5 godzin i dłuższe niż 9 jest niespecjalnie dobre dla organizmu. Jednak o ile jeszcze jestem w stanie funkcjonować po przespaniu 3-4 godzin po imprezie to... kompletnie zabójcze jest dla mnie spanie 10 godzin. Czasami po prostu zapomnę ustawić budzik na równe 8 godzin i... budzę się np po 12tej. Gwarantuje to trwały ból głowy aż do wieczora i spory problem z koncentracją. Cały dzień spisany na straty, nie polecam. No chyba, że trzeba odespać kilkudniowe braki....




Najważniejsze są natomiast tylko pierwsze trzy godziny snu, więc jeśli macie możliwość spędzenia czasu w łóżku w inny sposób to postawcie na dobry seks kosztem snu. Dobry humor następnego dnia gwarantowany.

sobota, 23 stycznia 2016

Śmierć w dobie społecznościówek


Dziś cięższy temat. W sumie wiele osób podziela moje zdanie w tej materii, ale jednak jest ono na swój sposób kontrowersyjne, przynajmniej jeśli spojrzy się na to co się dzieje gdy... no właśnie. Zacznę od początku.

Skala tego problemu dotknęła mnie w pewnym momencie. Mianowicie, gdy Paul Walker umarł. Wiadomo, seria Szybcy i wściekli miała swoich fanów. Dla większości jednak była zwykłym gniotem o niekoniecznie ładnie stuningowanych samochodach i żadnej fabule. Tzn. niby fabuła była, ale w każdej kontynuacji taka sama. Dobry, zły, pościg, zwycięstwo. Szlak człowieka trafiał. Nie mówię, podobał mi się np Tokio drift, ale sam nie wiem dlaczego. Fanem serii nigdy nie zostałem. Natomiast po śmierci Paula stało się coś... nie do końca logicznego. Albo wręcz logicznego, ale nie do końca rozumianego przez ogół. Najpierw jego nazwisko stało się jednym z częściej googlowanych, bo większość nie wiedziała w ogóle kim jest ten, o którego śmierci mówią wszyscy, a przecież trzeba to wiedzieć (?). Potem powstała cała seria fanpage, miliony lajków na jego koncie, no szopka większa od Bożonarodzeniowej. Kontynuacją musiał być tylko rekord zarobkowy dla ostatniej serii dla Walkera. Na każdym kroku można było natrafić na wieloletniego fana serii Fast and furious. To samo z Rickmanem. Podejrzewam, że "dzięki" niedawnej śmierci Alana ściągnięcia wszystkich części Harrego Pottera osiągnęły zenit. Ja go kojarzę z Love Actually. I to w sumie tyle. Nie wątpię, że dla kogoś mógł być wzorem aktorstwa i zabolała go jego śmierć. Ja zareagowałem krótkim "aha" i zastanowieniem kto zagra Snape'a w kolejnej części, zapominając przy tym, że nakręcono już wszystkie.



Ostatnio to samo z Davidem Bowie. Niby każdemu się wydaje, że on był znany, ale... czy jego muzyki obecnie ktoś z Was słuchał? Jasne. Jestem przekonany, że znajdzie się 5 osób, które napiszą w komentarzu, że słuchała go od 5 lat codziennie. No dobra, nie napiszą, bo ostatnio mało piszecie, ale to nie zmienia faktu... że DZIESIĘĆ minut po śmierci Bowiego jego odsłuchania na Spotify wzrosły o... 2 700%! 4 000 000 odsłon podczas dwóch pierwszych dni od śmierci. Ludzie byli aż takimi fanami, że przypomnieli sobie o jego muzyce dopiero, gdy artysta umarł czy po prostu... każdy chciał wiedzieć o czyjej śmierci w ogóle wszyscy mówią, a najlepiej zabłyszczeć w towarzystwie, że Heroes jest znacznie lepsze od Let's dance. I znów ta sama szopka. Miliony komentarzy mówiących o najsmutniejszym roku w historii, o setkach osób, których już z nami nie ma, no i oczywiście... nie mogłoby się obyć bez pierdyliarda znaczków, bez których David nie mógłby odejść. Mowa oczywiście o [i][i][i]. Jak kiedyś umrę, a ktoś mi to wstawi na tablicę to przyjdę i już nigdy nie zaśnie.


Doszliśmy do czasów, w których wszystko ma odniesienie w social mediach i to jest w pewnym momencie spoko, bo kiedyś żeby wiedzieć cokolwiek, trzeba było się tym w jakiś sposób interesować. Teraz już nie trzeba. Wystarczy po prostu przewijać walla i te informacje same nas znajdą. Problem leży gdzie indziej. Mam bardzo małe pole współczucia. Powiem szczerze, że to mass media oduczyły mnie tego odruchu i przyzwyczaiły do krzywdy innych. Smutno mi, gdy umiera ktoś dookoła mnie. Wiecie, bliższa czy w miarę blisko dalsza rodzina. Jechania na pogrzeby piątej wody po kisielu ludzi nie rozumiałem już nawet, gdy byłem bardzo mały. Zastanawiało mnie nawet kiedyś czemu ludzie chodzą na pogrzeby sąsiadów z którymi nie wymienili ani słowa. To znaczy oczywiście, mam sąsiadów z którymi czasem zamienię kilka zdań i gdyby coś im się nie daj Boże stało to wpadłbym na pogrzeb (gdybym akurat nie był w pracy, a jestem w niej ostatnio niemal stale). Natomiast gdyby to był sąsiad, którego znam z "Dzień dobry" to nie rozumiem nawet skąd potrzeba odprowadzenia go do grobu. Żeby kogoś żegnać, to trzeba czuć potrzebę, jakąś więź, która śmiercią została przerwana. Skoro jej nie czujemy, to po co wybierać się na pogrzeb? Przykład pomógł mi przedstawić dalszą opcję. Czy powinna nas w ogóle obchodzić śmierć kogoś z drugiego końca świata? Tzn. inaczej. Każdego szkoda i co do tego nie mam wątpliwości, ale czy na prawdę ma nam spędzać sen z powiek to, że rozbił się jakiś aktor? Pominę celebrycki świat...



Kiedyś ktoś miał pretensję, że podczas opowiadania o śmierci 20 imigrantów w chłodziarce uznałem, że w sumie niespecjalnie mnie to dotyka, zastanawiając się tylko jednocześnie jakim cudem wszyscy się tam zmieścili. Szkoda ich, ale w żaden sposób nie zmienia to mojego życia. Media przyzwyczaiły nas do tego żebyśmy non stop żyli we współczuciu. Tu autobus z 10 robotnikami, tam 15 osobowa wycieczka szkolna, tam dziecko. Serio? Nie wiem czy tylko mnie to nie interesuje, ale na świecie CODZIENNIE umiera 150 000 osób. A media każą nam interesować się dziesięcioma. I płakać nad ich osobistą tragedią. A jutro znajdą inne dziesięć osób. I znów każą nam płakać. Co roku umiera 59 mln ludzi. Polska ma 38,5 mln ludzi. Co roku umiera 1,5 kraju. A ktoś każe nam się przejmować jednostkami. Śmierć to tragedia osobista. Dla czyjejś żony, męża, rodziców, a ktoś sprowadził to do tragedii ogólnonarodowej. W każdym roku umrze Bowie, w każdym umrze Walker, w każdym umrze Szymborska. Tylko inaczej nazywający się, grający co innego, piszący co innego.

A. Uprzedzając głupie komentarze - wiem, że zdarzą się tacy, którzy czyjąś twórczością żyli od lat. Wiem, że znajdą się tacy, dla których strata ulubionego pisarza czy aktora jest jak śmierć brata. To nie tekst o was. Tekst jest o stadzie baranów, którzy płaczą po śmierci kogoś, kogo nie znali.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.



Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka. Przesilenie, krótkie dni, zimno i wszystko powinno świadczyć o tym, że łóżko to wasz przyjaciel. A przyjaciół nie należy zbywać i zastępować pracą. Tak po prostu. Najgorsze jednak dopiero nadejdzie, bo patrząc wstecz - najgorszym dniem roku przez długi okres czasu był... ostatni poniedziałek stycznia, czyli wypadający tym razem 25. Nosił on dumną nazwę Blue Monday, którą utracił na rzecz dnia dzisiejszego. 


Takie mniej więcej wyliczenie dotyczy Blue Monday. W sumie pogoda może dobijać, bo ja np jestem typowym ciepłolubnym i o ile idealnie czuję się w momentach, w których na termometrze możemy zobaczyć +40, to  najchętniej nie wychodziłbym z domu już przy 10 stopniach, które powodują u mnie minimalną niechęć do opuszczania domu. Nawet bym nie wychodził, gdyby nie to, że nie pracując również źle się czuję, więc najlepiej jechać do pracy i posiedzieć tam trochę czasu zapominając o pogodzie.


Co do długów to zawsze mnie to dziwiło. Nie sądzę, żebym był kiedyś zadłużony. I to nie przez jakieś niewiarygodnie wysokie zarobki, ale przez to, że po prostu logicznie podchodzę do pieniędzy. Mając - kupuję, nie mając - nie kupuję. Dość proste, a większość ludzi tego nie ogarnia.

Czas od Bożego Narodzenia rozumiem tu jako ilość kalorii, których ktoś nie zdążył spalić. Ja zdążyłem. I w sumie jeszcze bym palił, ale coś mnie dziś nerka złapała i zapowiada się kilka dni przerwy. :(


Te trzy ostatnie mają dużo puntów wspólnych. Niedotrzymanie postanowień noworocznych wiąże się zwykle z niskim poziomem motywacji. Ludzie ze słabym charakterem potrzebują jakiegoś terminu. Od 1 stycznia nie palę. Od 1 stycznia idę na siłownie. Nie rozumiem. Nie chcesz palić to nie pal od teraz. Wyrzuć paczkę, nie dopalaj jej, po prostu spróbuj. Nie czekaj na jakiś magiczny, graniczny moment. Niektórzy mają właśnie poczucie konieczności podjęcia działań, ale nie robią nic czekając na ten idealny moment, na dzień który odmieni ich życie. Tyle, że dni to tylko dni. Ktoś je kiedyś nazwał, tak, bądź inaczej, ale to kompletnie nic nie zmienia. 1 stycznia to taki sam dzień jak 19 stycznia. Poniedziałek, jest takim samym dniem jak niedziela. I jeśli chcesz coś zrobić, to po prostu to zrób. Trzymam kciuki!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Archiwalne posty