sobota, 23 stycznia 2016

Śmierć w dobie społecznościówek


Dziś cięższy temat. W sumie wiele osób podziela moje zdanie w tej materii, ale jednak jest ono na swój sposób kontrowersyjne, przynajmniej jeśli spojrzy się na to co się dzieje gdy... no właśnie. Zacznę od początku.

Skala tego problemu dotknęła mnie w pewnym momencie. Mianowicie, gdy Paul Walker umarł. Wiadomo, seria Szybcy i wściekli miała swoich fanów. Dla większości jednak była zwykłym gniotem o niekoniecznie ładnie stuningowanych samochodach i żadnej fabule. Tzn. niby fabuła była, ale w każdej kontynuacji taka sama. Dobry, zły, pościg, zwycięstwo. Szlak człowieka trafiał. Nie mówię, podobał mi się np Tokio drift, ale sam nie wiem dlaczego. Fanem serii nigdy nie zostałem. Natomiast po śmierci Paula stało się coś... nie do końca logicznego. Albo wręcz logicznego, ale nie do końca rozumianego przez ogół. Najpierw jego nazwisko stało się jednym z częściej googlowanych, bo większość nie wiedziała w ogóle kim jest ten, o którego śmierci mówią wszyscy, a przecież trzeba to wiedzieć (?). Potem powstała cała seria fanpage, miliony lajków na jego koncie, no szopka większa od Bożonarodzeniowej. Kontynuacją musiał być tylko rekord zarobkowy dla ostatniej serii dla Walkera. Na każdym kroku można było natrafić na wieloletniego fana serii Fast and furious. To samo z Rickmanem. Podejrzewam, że "dzięki" niedawnej śmierci Alana ściągnięcia wszystkich części Harrego Pottera osiągnęły zenit. Ja go kojarzę z Love Actually. I to w sumie tyle. Nie wątpię, że dla kogoś mógł być wzorem aktorstwa i zabolała go jego śmierć. Ja zareagowałem krótkim "aha" i zastanowieniem kto zagra Snape'a w kolejnej części, zapominając przy tym, że nakręcono już wszystkie.



Ostatnio to samo z Davidem Bowie. Niby każdemu się wydaje, że on był znany, ale... czy jego muzyki obecnie ktoś z Was słuchał? Jasne. Jestem przekonany, że znajdzie się 5 osób, które napiszą w komentarzu, że słuchała go od 5 lat codziennie. No dobra, nie napiszą, bo ostatnio mało piszecie, ale to nie zmienia faktu... że DZIESIĘĆ minut po śmierci Bowiego jego odsłuchania na Spotify wzrosły o... 2 700%! 4 000 000 odsłon podczas dwóch pierwszych dni od śmierci. Ludzie byli aż takimi fanami, że przypomnieli sobie o jego muzyce dopiero, gdy artysta umarł czy po prostu... każdy chciał wiedzieć o czyjej śmierci w ogóle wszyscy mówią, a najlepiej zabłyszczeć w towarzystwie, że Heroes jest znacznie lepsze od Let's dance. I znów ta sama szopka. Miliony komentarzy mówiących o najsmutniejszym roku w historii, o setkach osób, których już z nami nie ma, no i oczywiście... nie mogłoby się obyć bez pierdyliarda znaczków, bez których David nie mógłby odejść. Mowa oczywiście o [i][i][i]. Jak kiedyś umrę, a ktoś mi to wstawi na tablicę to przyjdę i już nigdy nie zaśnie.


Doszliśmy do czasów, w których wszystko ma odniesienie w social mediach i to jest w pewnym momencie spoko, bo kiedyś żeby wiedzieć cokolwiek, trzeba było się tym w jakiś sposób interesować. Teraz już nie trzeba. Wystarczy po prostu przewijać walla i te informacje same nas znajdą. Problem leży gdzie indziej. Mam bardzo małe pole współczucia. Powiem szczerze, że to mass media oduczyły mnie tego odruchu i przyzwyczaiły do krzywdy innych. Smutno mi, gdy umiera ktoś dookoła mnie. Wiecie, bliższa czy w miarę blisko dalsza rodzina. Jechania na pogrzeby piątej wody po kisielu ludzi nie rozumiałem już nawet, gdy byłem bardzo mały. Zastanawiało mnie nawet kiedyś czemu ludzie chodzą na pogrzeby sąsiadów z którymi nie wymienili ani słowa. To znaczy oczywiście, mam sąsiadów z którymi czasem zamienię kilka zdań i gdyby coś im się nie daj Boże stało to wpadłbym na pogrzeb (gdybym akurat nie był w pracy, a jestem w niej ostatnio niemal stale). Natomiast gdyby to był sąsiad, którego znam z "Dzień dobry" to nie rozumiem nawet skąd potrzeba odprowadzenia go do grobu. Żeby kogoś żegnać, to trzeba czuć potrzebę, jakąś więź, która śmiercią została przerwana. Skoro jej nie czujemy, to po co wybierać się na pogrzeb? Przykład pomógł mi przedstawić dalszą opcję. Czy powinna nas w ogóle obchodzić śmierć kogoś z drugiego końca świata? Tzn. inaczej. Każdego szkoda i co do tego nie mam wątpliwości, ale czy na prawdę ma nam spędzać sen z powiek to, że rozbił się jakiś aktor? Pominę celebrycki świat...



Kiedyś ktoś miał pretensję, że podczas opowiadania o śmierci 20 imigrantów w chłodziarce uznałem, że w sumie niespecjalnie mnie to dotyka, zastanawiając się tylko jednocześnie jakim cudem wszyscy się tam zmieścili. Szkoda ich, ale w żaden sposób nie zmienia to mojego życia. Media przyzwyczaiły nas do tego żebyśmy non stop żyli we współczuciu. Tu autobus z 10 robotnikami, tam 15 osobowa wycieczka szkolna, tam dziecko. Serio? Nie wiem czy tylko mnie to nie interesuje, ale na świecie CODZIENNIE umiera 150 000 osób. A media każą nam interesować się dziesięcioma. I płakać nad ich osobistą tragedią. A jutro znajdą inne dziesięć osób. I znów każą nam płakać. Co roku umiera 59 mln ludzi. Polska ma 38,5 mln ludzi. Co roku umiera 1,5 kraju. A ktoś każe nam się przejmować jednostkami. Śmierć to tragedia osobista. Dla czyjejś żony, męża, rodziców, a ktoś sprowadził to do tragedii ogólnonarodowej. W każdym roku umrze Bowie, w każdym umrze Walker, w każdym umrze Szymborska. Tylko inaczej nazywający się, grający co innego, piszący co innego.

A. Uprzedzając głupie komentarze - wiem, że zdarzą się tacy, którzy czyjąś twórczością żyli od lat. Wiem, że znajdą się tacy, dla których strata ulubionego pisarza czy aktora jest jak śmierć brata. To nie tekst o was. Tekst jest o stadzie baranów, którzy płaczą po śmierci kogoś, kogo nie znali.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Blue monday - czyli jeśli nie lubisz poniedziałku, to tego wyjątkowo.



Dziś w teorii najbardziej depresyjny poniedziałek w roku. Według wyliczeń kogoś mądrego, albo po prostu siedzącego na odpowiednim stołku 18 stycznia jest dniem, w którym nie powinniście wychodzić spod kołdry, bo nic dobrego Was nie spotka. Przesilenie, krótkie dni, zimno i wszystko powinno świadczyć o tym, że łóżko to wasz przyjaciel. A przyjaciół nie należy zbywać i zastępować pracą. Tak po prostu. Najgorsze jednak dopiero nadejdzie, bo patrząc wstecz - najgorszym dniem roku przez długi okres czasu był... ostatni poniedziałek stycznia, czyli wypadający tym razem 25. Nosił on dumną nazwę Blue Monday, którą utracił na rzecz dnia dzisiejszego. 


Takie mniej więcej wyliczenie dotyczy Blue Monday. W sumie pogoda może dobijać, bo ja np jestem typowym ciepłolubnym i o ile idealnie czuję się w momentach, w których na termometrze możemy zobaczyć +40, to  najchętniej nie wychodziłbym z domu już przy 10 stopniach, które powodują u mnie minimalną niechęć do opuszczania domu. Nawet bym nie wychodził, gdyby nie to, że nie pracując również źle się czuję, więc najlepiej jechać do pracy i posiedzieć tam trochę czasu zapominając o pogodzie.


Co do długów to zawsze mnie to dziwiło. Nie sądzę, żebym był kiedyś zadłużony. I to nie przez jakieś niewiarygodnie wysokie zarobki, ale przez to, że po prostu logicznie podchodzę do pieniędzy. Mając - kupuję, nie mając - nie kupuję. Dość proste, a większość ludzi tego nie ogarnia.

Czas od Bożego Narodzenia rozumiem tu jako ilość kalorii, których ktoś nie zdążył spalić. Ja zdążyłem. I w sumie jeszcze bym palił, ale coś mnie dziś nerka złapała i zapowiada się kilka dni przerwy. :(


Te trzy ostatnie mają dużo puntów wspólnych. Niedotrzymanie postanowień noworocznych wiąże się zwykle z niskim poziomem motywacji. Ludzie ze słabym charakterem potrzebują jakiegoś terminu. Od 1 stycznia nie palę. Od 1 stycznia idę na siłownie. Nie rozumiem. Nie chcesz palić to nie pal od teraz. Wyrzuć paczkę, nie dopalaj jej, po prostu spróbuj. Nie czekaj na jakiś magiczny, graniczny moment. Niektórzy mają właśnie poczucie konieczności podjęcia działań, ale nie robią nic czekając na ten idealny moment, na dzień który odmieni ich życie. Tyle, że dni to tylko dni. Ktoś je kiedyś nazwał, tak, bądź inaczej, ale to kompletnie nic nie zmienia. 1 stycznia to taki sam dzień jak 19 stycznia. Poniedziałek, jest takim samym dniem jak niedziela. I jeśli chcesz coś zrobić, to po prostu to zrób. Trzymam kciuki!

czwartek, 7 stycznia 2016

Nowy rok - nowe seriale.



W zeszłym roku wrzuciłem wam post o serialach. Nawet go lubię, a że ostatnio dużo chętniej piszę jakieś osobiste wywody to post rozwinę. W końcu miłość do seriali jest dość osobista. W tym roku mam kilka serialowych planów, które chciałbym wam przedstawić. Wiecie, w każdym sektorze trzeba mieć jakieś plany, więc i w tym planuję ruszyć naprzód. Ogólnie to w 2016 planuję zrobić prawko, nauczyć się pływać, zwiedzić jakiś ciekawy kraj i nauczyć się jeździć na nartach/snowboardzie/łyżwach. Znaczy na któryś z nich. No i w grę wchodzi bardziej przyszła zima, tę zostawię sobie na prawko. Chciałbym też obronić magisterkę, ale to niejako pójdzie swoim torem, bo skoro już znajduję więcej czasu na bloga, to na magisterkę też odnajdę. Tyle z planów, ale nie starałbym się ich jakoś weryfikować, bo ich weryfikacja niekoniecznie jest dla mnie ważna. Wyjdzie to wyjdzie, coraz bardziej uczę się żyć na spontanach i dobrze to wychodzi.

Nic nie wiesz, Jonie snow. 

Pisałem w poprzednim poście, że w końcu wezmę się za Grę o tron. Mimo, że tematyka jest taka dość specyficzna (tak, fani gatunku znów mogliby mnie zabić) to jednak polubiłem serial. Na tyle mocno, że czekam, czekam i nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. Opowieści z rodu Starków są o tyle fajne, że zaskakujące. Ile razy rozkminiałem, że ktoś umrze, to zabijali kompletnie kogo innego. Spodziewałem się jakiegoś wydarzenia... a tymczasem działo się coś zupełnie innego. Uwielbiam takie zamieszanie fabułą, bo nie ma nic gorszego w serialu niż liniowość. Liniowość jest dla mnie atrakcyjna tylko w jednej kwestii...


W Homelandzie. 

Serio. Od pierwszego odcinka wiemy, że Brody jest zamachowcem. Że trzeba mieć go na muszce, bo prędzej czy później odpali. Brody jest jak tykająca bomba z opóźnionym wybuchem. Nie dziś. Nie jutro. Kiedyś zabije, pozostaje nam śledzić bieżące wydarzenia znając jednocześnie zakończenie. Jest w tym jednak jakaś magia, bo odpalenie się przedłuża, bo pojawia się masa pobocznych wątków, w tym urzekająca na swój sposób Claire Danes grająca Carrie. Zwykle od kobiecych roli w filmach/serialach wymagam więcej. Nie wiem dlaczego, uznałem kiedyś, że żeby polubić rolę kobiecą musi mieć coś więcej. I Carrie polubiłem bardzo. Jestem obecnie na trzecim sezonie i podejrzewam, że jeśli po drodze, jakiś nierozważny reżyser by ją zabił, to nie włączyłbym już tego serialu. Niemniej jednak jeśli Carrie przeżyje, to planuję w tym roku dooglądać serial do momentu aktualnego.

Gdy myślisz, że jest dobrze...

The walking dead zrobiło mega zwrot. Tu mały spoiler, ale tylko mały. Wydawało się, że bohaterowie znaleźli dom w którym będą mogli żyć już na zawsze, planowali budowę pól uprawnych i mogliby tam stworzyć nowy świat. BOOM. Nie ma, pada wieża i... i tu nieplanowana przerwa do lutego. Nie wiem kto to wymyślił, ale skojarzył mi się z planistą ATH. Nikt na ziemi go nie lubi. Nie wiem jak można przerwać serial w takim momencie. Uznałem, że jeśli tylko pozwoli mi na to sensowność emisji, to będę oglądał seriale, które już powstały. Utrudnia to co prawda konwersację w towarzystwie, ale oszczędza godzin/tygodni/miesięcy wkurwiania się, że najbliższy odcinek za pół roku, a Ty czekaj, na kilka scen. 40 minut. Aff.



Nastoletnie karkonosze

W czasach nastoletnich (wiem, to było lata temu) interesowałem się mocno serialem Skins. Jeśli ktoś nie kojarzy była to klasyczna historia o znajomych ze szkoły. Generalnie dość barwna, bo przedstawiała postacie niemal z każdego środowiska/grupy etnicznej etc. Nakręcone ciekawie, jak większość historii o nastolatkach dla nastolatków. Dlaczego o tym piszę? Na scenę polskiego YouTuba wjeżdża niedługo serial. Trochę zaskoczyła mnie tematyka, miejsce, wszystko. I temu uznałem, że warto się tym z wami podzielić. Opowieści Kaszubskie ma opowiadać o nastolatkach z bogatej szkoły na Kaszubach. Serio. Na Kaszubach. Nie w Konstancinie, Mokotowie, Ursynowie czy Wilanowie (nieprzypadkowo same Warszawskie dzielnice), ale serial kręcą na Kaszubach. Trailer Opowieści Kaszubskich macie podlinkowany, bo coś YT go nie lubi i nie wyszukuje.

Fotki z filmweb.pl . A niedługo dwa zapowiadane teksty. Test butów, które dostałem i... test ubranka biegowego na zimę, po które dziś byłem, a które udało mi się już raz przetestować.

Jakie seriale polecacie na 2016? Najlepiej z aktualnych.

niedziela, 3 stycznia 2016

Brak czasu? No chyba nie.


"Nie mów, że nie masz czasu. Masz tyle samo godzin na dobę, ile mieli Helen Keller, Pasteur, Michał Anioł, Matka Teresa, Leonardo da Vinci, Thomas Jefferson i Albert Einstein."

Miałem już iść spać, (bo tekst napisałem o drugiej w nocy) odwiedziłem jednak blog koleżanki i uznałem, że przecież niekoniecznie potrzebuję spać. Znaczy nie tyle, co nie potrzebuję, co nie zdążyłem tego dnia zrobić wszystkiego, co tego dnia zrobić chciałem i muszę nadrobić. Ot paradoks, bo zrobiłem dość sporo odwiedzając cztery z zakładanych pięciu sklepów. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że pracuję w wielu miejscach. Można nawet uznać, że nie mam czasu na nic poza pracą, a jednak znajduję czas na wiele rzeczy, które chciałbym robić. Wróciłem do biegania i pomimo tego, że od 26 grudnia biegałem tylko dwa razy to i tak całkiem sporo. W jakimś poradniku przeczytałem, że można zacząć od dwóch dni w tygodniu, więc w jakiś tam ramach się łapię. Nigdy nie robię niczego bez przeczytania poradnika. Pokolenie google i jest mi z tym naprawdę nieźle. Gram też sporo w gry online, nie tyle, że jestem od nich uzależniony co po prostu jestem typem gammera, który co jakiś czas zagrać lubi. Tylko tyle i aż tyle. Jak tylko skończę prawo jazdy i remont pokoju to zapiszę się na siłkę. Chociaż na miesiąc, jak mi się spodoba to zostanę na dłużej. W sumie nie wiem czemu miałoby mi się nie spodobać.

Talka u siebie napisała "Każdy z nas budząc się każdego ranka dostaje nowy dzień do wykorzystania. Więc bardziej niż spełniania postanowień noworocznych życzę spełniania postanowień codziennych.". Strasznie mi się to spodobało i przypomniało o moim ulubionym cytacie H. Jackson Brown Jra, który macie na górze. Te same dni, te same sny, wystarczy je realizować. Każdy ma codziennie 24 godziny, czasami trzeba powiedzieć pauza, ale nie może to zwolnić progresu. Czas start.



Ostatnio w sieci panuje nowy trend. Ogólnie lubię selfie, bo robiłem je jeszcze w czasach, gdy telefon nie miał 20 mpx tylko jakieś 0,3 i w sumie na każdym wychodziłem dobrze. Wiecie... na 0,3 nie da się wyjść źle, bo jest się takim kwadratem z elementem tła. To dość mocno dowartościowuje. ;) Generalnie fajną opcją jest robienie selfików ze wspólnych spotkań, jakiś imprez, wyjść, nawet szkoły. Zabawne wydawały mi się selfie aftersex, bo mało było tam jakiś wulgarnych publikacji, a więcej humoru i dystansu do siebie, który w ludziach wyjątkowo cenię. Ostatnio jednak nastała moda na fotki... porozwodowe. Pół amerykańskiego internetu zalewają fotki byłych już małżeństw sprzed urzędu stanu cywilnego (chyba tam się bierze rozwód?) albo z papierami z napisem Disposed. Dla mnie to taki dziwny krok. Już niedługo wesołe fotki z podpisanym drukiem o eutanazję. Albo z aktem zgonu kogoś z rodziny. Dziwne. Widzę światło w tunelu, ale niespecjalnie mocno świeci.



W sumie to coraz bardziej mam ochotę na ten kanał na YT, bo wolałbym Wam dzisiejszy tekst powiedzieć, niż napisać, ale póki co pozostaje pisanie/czytanie. Każdy projekt swoje musi odleżeć. Nie od razu Rzym zbudowano, a ja mam te wspomniane wyżej 24 godziny. Chociaż jak mawiał Winston Churchill Każdy ma do dyspozycji swój dzień. Niektóre dni trwają dłużej niż inne. Postaram się żeby moje trwały ciut dłużej i były wykorzystywane efektywniej. Niedługo czas na jakąś recenzję, wpadajcie częściej. W sumie to lubię Was taką pocieszną sympatią (niemal jak Star Warsy), bo pomimo, że dość rzadko publikuję codziennie zjawia się tu tyle osób. Miło z Waszej strony, postaram się żebyście w 2016 mieli co tu robić.

piątek, 1 stycznia 2016

Gwiezdne wojny - Przebudzenie mocy. Czyli jak znalazłem się na premierze i co z niej wyniosłem. I plany noworoczne.



Obserwujący mnie na Instagramie mogli trafić na zdjęcie, które macie powyżej, a które wcześniej było na moim koncie. Możecie mnie publicznie linczować  przekonywać, że Star Wars to film, którym powinienem się jarać od dziecka. Zawsze miałem z tym problem, bo o ile lubię tematyki fantastyczne to akurat ten film nigdy nie budził u mnie jakichkolwiek emocji. Ot obejrzałem którąś z części, ale bez wyjątkowego podjaru. Powód? Sam nie wiem. Jakoś nigdy nie mogłem wkręcić się w Star treka, nie mogłem też w Star wars. Ciężko wyjawić powód, bo to tak jak z amerykańskimi komediami. Jedni je lubią, a inni przełączają po samym przeczytaniu tytułu.


Uznałem jednak, że skoro nigdy nie oglądałem "Obcego" a wybrałem się na premierę o północy "Prometeusza", to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić tak samo z Gwiezdnymi Wojnami. Przebudzenie mocy przed pójściem zapowiadało się dobrze, więc aby podkręcić sobie dozę niepewności nie obejrzałem ani jednego zwiastuna. Nie czytałem też przedpremierowych recenzji żeby nie nabijać blogerom wejść z czegoś, czego nie powinni publikować (klauzula tajności była w tym przypadku dość ważna). Uznałem, że pójdę na żywioł, mniej więcej jak tydzień temu, kiedy poszedłem na drugą część, drugiej części Igrzysk śmierci. I muszę przyznać, że mi się podobało. Nie rozumiałem wprawdzie niektórych niezręcznych ciszy między niemal głównymi bohaterami, nie wiedziałem jak powinienem dopowiadać niedopowiedzenia, co byłoby łatwiejsze, gdybym oglądał poprzednie części, ale dostałem zamiast tego spory element zaskoczenia, którego nie miał na sali nikt, kto oglądał serię od początku. Film był dość liniowy, więc Ci którzy oglądali poprzednie części mieli zepsutą zabawę już niemal na starcie. Ja miałem niebywały fun.



Co więc wyniosłem z najnowszej części Star Wars? Radość. Taką dość pocieszną, bo o ile fanom Gwiezdnych Wojen film mógł się skrajnie nie podobać to ja nie miałem porównania. Dla mnie był fajnie zrobiony, z dużą ilością dopracowanych scen, ciekawie przeprowadzoną fabułą. I o ile fanom wiele scen mogło wydawać się bezsensownych, a wręcz źle zrobionych o tyle ja nie mogłem mieć z tym problemu nie oglądając części poprzednich.

Film zarobił już 1.3 mld dolarów, więc chyba nie może być aż tak zły, jak mówią wszyscy. Zwłaszcza Lucas, który skrytykował go za odtwórczość. Tyle, że chyba tego chcieli fani. Rozmawiając z kilkoma przed premierą zapamiętałem dwa życzenia: żeby pojawiło się kilka postaci z poprzedniej trylogii i żeby akcja toczyła się na którejś z już opisanych planet. Dokładnie za to krytykuje Lucas. Pudło, Panie George.

Tekst napisałem zaraz po premierze, ale opublikowałem teraz. Dlaczego? Miałem zająć się designem bloga, ale widząc jak idzie mi sprecyzowanie co chciałbym żebyście tu zobaczyli wolę jednak od nowego roku publikować częściej, a design zmieni się w pewnym momencie. Pewnie w tym, w którym będę miał dużo więcej czasu. Albo chociaż tyle, żeby po jakimś niewyobrażalnym crashu plików mieć cały dzień na naprawianie tego.

Nie będę pisał nic o postanowieniach noworocznych. Chciałbym być dla Was częściej, ale w planach na styczeń mam duży remont pokoju, nowy sprzęt do pisania dla Was, a wraz z nowym sprzętem spróbuję ruszyć z youtubem. Samo pisanie mi nie wystarcza. 

Na koniec krótkie życzenia. Nie lubię składać życzeń, więc to taki wyjątek. W nowym roku realizujcie się. Niech nikt 1 stycznia 2017 nie powie, że jest dokładnie w tym samym miejscu. Stały progres i rozwój. Życzy jednoosobowa ekipa Testandwrite, czyli Dejv.

piątek, 18 grudnia 2015

Czego nie kupować pod choinkę? Sześć najbardziej nietrafionych prezentów.



Idą święta, a ja postanowiłem, że wrzucę taki "know-how". Może nie tyle dla ludzi z mojej rodziny (bo dostatecznie ich uświadomiłem w ubiegłych latach), ale dla Was, co byście nie popełniali tego samego błędu co połowa ludzkości.

Czego nie kupować pod choinkę? Jaki prezent będzie wywoływał bardziej ukrywany grymas, niż przeogromną radość? Co Wasz obdarowany rzuci w kąt pięć minut po otrzymaniu? Enjoy.

1. Zestawy perfum.

Nie wiem dlaczego, ale jest to hit świąteczny numer jeden. Mam spory kontakt z tym towarem i szczerze? Nigdy, ale to nigdy w życiu nie chciałbym dostać zestawu perfum/żeli/deo etc. Niestety kilka razy dostałem, a że zawsze mówię co myślę nie kończyło się to dobrze. Ludzie z reguły nie wiedząc co kupić - kupują jakiś zestaw. Nie znając przy okazji kompletnie preferencji tego, którego chcą obdarować.

Mam w szafce na kosmetyki jakieś 20 perfum. Nie żebym aż tyle potrzebował, po prostu co jakiś czas je dostaje, a nie wszystkie są potem elementami wpisów. Dlaczego? Ano dlatego, że często nawet firmy nie pytają o upodobania w konkretnym produkcie. Większość (albo prawie wszyscy) nie wiedzą, że w perfumie cenię sobie drzewo sandałowe i piżmo. Tylko tyle i aż tyle. Nie zadowoli mnie więc zestaw Brutal. Sorry.


2. Ubrania.

To zawsze najbardziej podnosi mi ciśnienie. Zwłaszcza, jak dostaję to od kogoś, kto mnie zna. Dlaczego? Wiecie, jestem typem osoby, która czasami kupuje impulsywnie i potrafiłem w przed urodzinowy piątek wydać połowę wypłaty nudząc się na mieście i szukając czegoś fajnego. Czasami jednak rozkminiam całymi godzinami jakiś zakup. Przykładowo butów zimowych szukałem kiedyś 5 godzin. W Bielsku-Białej mamy dość sporo CH, więc przypominało to swoisty maraton, który jednak zakończył się sukcesem. W tym roku też chcę kupić zimówki, czekam tylko na wolne 2-3dni co bym miał czas wybrać. Często wybór głupiej koszulki nie ogranicza się do przejrzenia asortymentu nie w jednym sklepie, a jednym CH. W końcu wiadomo, koszulek typu "no ujdzie" mam dwie szafy. Problem pojawia się w momencie w którym chcę na prawdę dobrze wyglądać, a wszystkie ciuchy z tej kategorii już mi się znudziły.

Opisałem to bo... na tej podstawie możecie ocenić czy łatwo trafić w mój gust ubraniowy. NIE DA SIĘ. Nie tyle co jest to trudne, co praktycznie niemożliwe. Wiadomo, nie obrażę się, jak dostanę ciepły sweter w prążki, którego jednak będę pewnie używał jedynie przy graniu w csa (oczywiście jak nie mam włączonej kamerki).


3. Rzeczy praktyczne.

Fajny pomysł, który zawsze mi się podobał, ale po czasie przestał. Dlaczego? Jest wam potrzebny nowy mikser i pralka? Wow, idą święta, kupmy je sobie. Zepsuł się odkurzacz we wrześniu? Super okazja, trochę pożyjemy w syfie, a potem nadejdą święta i prezent jak znalazł. Jak ktoś ma źle zaplanowany budżet domowy to nie powinien kupować niczego, a nie wrzucać artykuły pierwszej potrzeby w koszt świąt. Po prostu. Prezent to prezent, niech będzie głupotą, na którą po prostu chcielibyście wydać pieniądze. Wydawanie pieniędzy często relaksuje, a Was przecież stać na to. Chociaż raz w roku.


4. Czekoladki, słodkości i owoce.

Traktuję to jako jedno, bo są równie kaloryczne. Jakby było mało, że na Wigilię i najbliższy tydzień aż do Sylwestra było mało nabijania sobie pustych kalorii. Wiadomo, nie będę trzymał czekolady do momentu, w którym pojawi się na niej biały nalot tylko spróbuję od razu. Najlepiej pomiędzy karpiem, a pierogami z kapustą. A potem zagryzę mandarynką i będę miał najbliższe 30minut tylko dla Was, bo wifi to najlepszy wynalazek ludzkości i nawet w toalecie mogę spędzać czas w sieci.

Swoją drogą to owoce są chyba nawet gorsze od słodkości. Bo o ile te drugie możemy przechować do lutego w którym na ogół nic się nie dzieje i zjeść je właśnie wtedy o tyle chomikowanie mandarynek do lutego skończyłoby się większą ilością białego puchu, niż mamy obecnie za oknem.


5. Prezenty niespodzianki.

Zwłaszcza, jak ktoś powie Ci kategorię. Ileż to miałem nietrafionych prezentów w ten sposób. Przykładowe "dostaniesz książkę" z radości, może zamienić się w smutek, bo o ile czytam obecnie tylko książki blogerów lub biografie piłkarskie, to nie lubię książek pisanych o piłkarzach, ale nie przez nich samych. Wiecie, piłkarze mają swój styl, swoje przyzwyczajenia i swój język. Jak to pisze dziennikarz, a nie piłkarz to czuć na kilometr. Dołączyć do kolekcji mogę, przeczytać nie.

Nigdy nie popełnię już błędu aby powiedzieć komuś np. "potrzebna mi myszka do komputera". Pod nazwą "myszka do komputera" rozumiem przykładowo Razera Deathadder Chroma, którego sobie ostatnio kupiłem. Moglibyście sobie wyobrazić moją minę na wieść, że ktoś kupił mi mysz za 50 pln uznając przy tym, że sprzedawca mówił, że to niezła mysz gammingowa. Moja podkładka była droższa, sory. Używam razer goliathus control medium (podejrzewam, że części z Was coś ta nazwa mówi).

Generalnie mówiąc o niespodziance człowiek się czegoś spodziewa. Najczęściej sobie to wizualizuje i po czasie jest niemal pewien, że rzucił już tyle sugestii żeby było to właśnie to! Zwykle więc nie można się ucieszyć z prezentu niespodzianki skoro jest to coś zupełnie innego.


6. Pieniądze.

Kolejny prezent, który mnie cieszył, ale tylko do momentu, w którym miałem do 16 lat. Potem miałem już swoje pieniądze i taki prezent zwykle uświadamiał, że komuś nie chciało się szukać, wybierać, domyślać się lub zwyczajnie zapytać co chcę. Zwłaszcza, że często dostając kasę ktoś mówił "Mówiłeś, że potrzebujesz na myszkę, kup ją sobie" i dawał 100pln niewystarczające na podkładkę.



Wybierając komuś prezent zapytajcie. Tylko tyle i aż tyle. Nie róbcie z tego szopki, nie kryjcie się po kątach. Zwyczajne "co byś chciał dostać" często załatwia sprawę. Czasami ktoś nie wie, bo np ja kupuję sobie wszystko na co mam ochotę i ciężko znaleźć rzecz, którą bym chciał, a której nie mam, o tyle czasami wyjdzie coś nowego, fajnego co bym chętnie zobaczył w swojej szufladzie, a czego zwyczajnie nie miałem czasu kupić. Wtedy powiem. Dam nawet link do miejsca, gdzie można to zamówić.Albo zamówię sam, opłać tylko przelew.

A niedługo zapraszam na recenzję z premiery Star Wars, która już się niemal napisała. ;)

środa, 11 listopada 2015

Dlaczego w tym roku nie biorę udziału w Movember? Golenie się, wąsy, broda i te sprawy.



Jak pamiętacie, albo i nie, w ostatnich dwóch latach brałem udział w akcji Movember. Dla nieświadomych akcji jest to listopadowe zapuszczanie wąsów w celu świadomości społecznej na temat problemów zdrowotnych mężczyzn związanych z rakiem. Akcja ta jest mega fajna, bo pomimo średniego odbioru w społeczeństwie i pytań odnośnie moich wąsów w dziwnym tonie mogłem uświadomić na prawdę masę ludzi. Na każde pytanie o moje wąsy starałem się wyczerpująco odpowiedzieć opisując akcję i problem. Jak sobie przypomnę to pozytywnie wspominam akcję i oczywiście zachęcam, bo Movember to akcja którą warto wspierać.

W tym roku jednak nie wezmę udziału, na co złożyły się dwie sprawy. Po pierwsze, dość egoistyczne. Będę mówił o akcji, ale tragicznie wyglądam z wąsami. Na prawdę. Nie udostępnię fotki, aktywniejsi znajdą sami w jakimś archiwum, ale ja z wąsami to tak jak ja z włosami bez nałożonego żelu. Tak się nie da wyjść z domu. W zeszłym roku jakieś 50 osób uświadamiało mnie jak źle wyglądam, a że obecnie mam pracę polegającą na jeszcze częstszym kontakcie z ludźmi to odpuszczę. ;)

Drugim powodem jest... kampania w której biorę udział.W ramach kampanii rekomenduj.to testuję nowy model Wilkinson Xtreme3 i muszę przyznać, że sprawdza się na prawdę nieźle. Żeby było lepiej dostałem od firmy Yovee czyli importera Bjobj świetny, włoski produkt po goleniu, dzięki któremu nie mam już tylu zaczerwień co zwykle. Niby mam w domu maszynkę elektryczną Braun Cool tech 4s, ale nie zawsze chce mi się jej używać, stąd jeśli mam się ogolić na szybko przed wyjściem to wolę rozwiązanie tradycyjne. Od zawsze mam problem z zaczerwienieniem skóry przy goleniu stąd niespecjalnie tę czynność lubię, stąd maszynki też nie kupiłem normalnej, a chłodzącą. W tym przypadku krem polubiłem ze względu na nagietek i aloes, które dość łagodnie traktują skórę i pomagają w tym, żebym po goleniu nie wyglądał jak indianin. Nie mówię, że jakieś zapalenia w ogóle się nie pojawiają, bo się pojawiają, ale zauważyłem ich znacznie mniej. Zaskoczyło mnie też dozowanie. Wiecie, produkt ma 50 mililitrów i kosztuje ponad 50zł. Generalnie lubię oszczędzać kosmetyki, więc dałem sobie na rękę mniej więcej tyle ile widzicie poniżej i... musiałem zużyć kilka ręczniczków papierowych, bo kremu było tak dużo, że nie dał rady się wchłonąć. Wychodzi na to, że jest on tak wydajny, że mała kropka starczy na całą twarz. W składzie znajdziemy też oleje: arganowy i ze słodkich migdałów, które wpływają na wiek skóry. Chociaż ja nie powinienem przesadzać z takimi składnikami, bo i tak ludzie nie mogą się nadziwić, że mam tyle lat ile mam. Produkt można zakupić na stronie biomania.



Co do maszynki Wilkinson Xtreme 3 to również pozytywne zaskoczenie. Generalnie lubię kampanie rekomendacyjne, bo nie dość, że mogę przetestować jakieś ciekawe produkty to jeszcze część znajomych zawsze skorzysta. Gdyby podesłali więcej to pewnie zrobiłbym jakiś konkurs, no ale nie można mieć wszystkiego. Co do samej maszynki to ma ona kilka aspektów przez które warto ja Wam przedstawić.

Generalnie głównym aspektem według nich jest elastyczność ostrzy na główce, ale dla mnie ma to znaczenie dość drugorzędne. Najważniejszy jest pasek szerszy o 50%! Dzięki temu znów aloes i tym razem witamina E dbają o to, żebym nie miał zaczerwienionej szyi. W większości ten pasek służy mi tak na 2-3 golenia, a potem się ściera, tu jednak ogoliłem się już cztery razy i pasek jest delikatnie starty tylko na bokach. Jak to mówią "Kiedyś będę na tyle bogaty, żeby golić się jednorazówką jeden raz". Póki co zwykle używam jednorazówek do momentu, w którym uznaję, że ona już w zasadzie to nic nie zbiera.

Fajna jest też rączka. Tzn o ile rączka może być fajna. Chodzi o to, że mam kilka świetnych maszynek jednorazowych (wiadomo, z różnych kampanii zostają) w tym nawet jedną ulubioną jeśli chodzi o golenie. Natomiast tamta ma tak ciężką rączkę, że po goleniu wręcz boli nadgarstek. To bezsens jeśli chodzi o jednorazówkę. Wiadomo jeśli zważymy szczoteczkę elektryczną to waży dużo więcej, ale jednak nie po to ktoś wybiera jednorazówkę żeby się męczyć. W Wilkinson Xtreme 3 mamy komfort trzymania maszynki, która przez wagę i ergonomiczny kształt rączki nie utrudnia nam golenia.

Dopiero po testowaniu i znalezieniu jej w sieci doszło do mnie, że już kiedyś się z tą maszynką spotkałem tylko w wersji Comfort Plus przy okazji akcji Rossmanna, w której odbierało się je za darmo. Wtedy również byłem dość pozytywnie zaskoczony. 


A że post jest typowo o goleniu, to garść porad związanych z goleniem... w następnym wpisie. ;)

Ostatnio wszystko ciągle odwlekam, więc podsumuję piosenką.

 

niedziela, 1 listopada 2015

8 cech idealnego mężczyzny. I idealnej kobiety przy okazji.


Ostatnio cały internet huczy po tym co napisała Dorota Goldmann z Olfaktoria. A raczej co nagrała, mniejsza. Generalnie postanowiłem się do tego odnieść i przedstawić kilka spostrzeżeń. Niektórym być może wydadzą się dziwne. Cóż, nie we wszystkim musimy się zgadzać. Grunt żebym ja się tu dobrze czuł, bo to w końcu mój dom.

Przejdźmy do rzeczy. Albo jeszcze nie. Generalnie Dorotę z Olfaktoria śledzę od jakiegoś czasu, bo w pewien sposób mnie zaintrygowała. Jej tematyka jest dość odległa od mojej, chociaż lubię używać czasem dobrych perfum, ale często mówi w sposób taki, że wiecie - mogłaby mówić o agrobiznesie, a Kowalski by to obejrzał i wyniósł z tego cenną lekcję. Też coś wynoszę, bo jej nagranie o typach klientów perfumerii niejako zakiełkowało i po kilku dniach zaowocowało moim pomysłem na tekst o klientach sklepów w których pracowałem. Tym razem nagrała materiał o 8 cechach jakie posiadać powinien prawdziwy mężczyzna. Błąd. Nagrała materiał o tym jakie 8 cech powinien mieć facet z którym ona chce się związać. Większość komentujących nie zrozumiała różnicy. Nie rozumieją zwłaszcza Ci, którzy minusują jej filmik.


Pierwszą jest wiek. 
Dorota stwierdziła, że facet powinien być o 10 lat starszy od niej. Bardziej doświadczony życiowo, lepiej ustawiony. Wstałem i biłem brawo. Dlaczego? Bo jak wiecie jestem obecnie singlem i mając 29 lat rozglądam się w okolicy powiedzmy 19-23. Może więcej, może mniej, wiadomo, każda kobieta różnie odczuwa upływające lata. Nie chodzi o to, że starsze kobiety są złe. Po prostu większość ma już bagaż doświadczeń, jak dla mnie, zbyt wielki. A kobiety zwykle kierują się zbyt emocjami. Odwróćmy kartę - moi rodzice nie byli nigdy specjalnie majętni, więc w dużej mierze sam robię kolejne kroki. W sensie wiadomo, dostałem od mamy na wiele rzeczy, ale na sporą część tego co mam musiałem zapracować. I jeśli przypomnę sobie teraz siebie mającego 19 lat i zestawię z obecnym 28/29 latkiem to... widzę przepaść! Te 10 lat to niesamowity progres. Osobowościowy przede wszystkim, ale nie ukrywajmy też, również finansowy. Progres, jak to progres... ale czy zmieniłem target? Mając 19 lat celowałem w 17-20, obecnie w 19-23. Niewielka różnica, bo to nie kobieta ma stanowić o sile finansowej "rodziny". Stąd Ola szuka faceta o 10 lat starszego, bo nie wyobraża sobie być z kimś, kto nie jest od niej o te 10 lat bogatszy w doświadczenia i nie ukrywajmy, nie tylko doświadczenia. A tak już całkiem bez ogródek: spotykam bardzo mało 29 latek z którymi chciałbym być oraz... stosunkowo bardzo wiele 20tek, które mógłbym dodać do listy "must have" (z przymrużeniem oka, nie obrażajcie się Panie). Ot kluczowy powód. Wojewódzki kiedyś stwierdził, że nie będzie nigdy z kobietą, która przekroczy 26 rok życia. Kiedyś był idolem tłumów, teraz jest wszędzie hejtowany, ale jakąś rację w tym miał. Po prostu lubił określony typ urody, który z wiekiem się gdzieś gubi. Chwilo trwaj. ;) Napisałem ten tekst w środku nocy i zaraz po położeniu się uznałem, że muszę uzupełnić argumentację tutaj. Nie lubię pisać leżąc na łóżku (wychodząc z założenia że jedynie kobieta może mi przerywać sen) ale zrobiłem wyjątek. Skąd taki przestrzał wiekowy? Ano statystycznie 19 letnia kobieta jest już ogarnięta życiowo. Facet w tym wieku wie, że jego level w tibii jest wystarczający aby zabić mroźnego smoka i który kebab jest najlepszy w mieście. Serio. Większość facetów w takim wieku nie rozumie po co jest ta druga płeć. To znaczy rozumie, bo regularnie odpala redtuba. Wiadomo są wyjątki, bo znam też kilku facetów w tym wieku, którzy wiedzą kim chcą być w życiu i dążą do tego celu, ale jest ich tak mało, że musiałem dodać to zdanie na drodze wyjątku. Dziewiętnastoletnia kobieta jest często zorientowana na sukces. Wie na jakie studia iść lub na nich jest co idzie w prostej linii z jej chęcią wykonywania określonego zawodu. Zna kroki, które prowadzą ją do celu. Facet może jej w tym tylko pomóc. Wiecie, wsparcie w dążeniu do celu każdemu jest potrzebne. A jaki facet nada się do tego najlepiej? Ano taki, który już pewne kroki postawił i wie jak smakuje sukces realizacji kolejnych celów. Statystycznie większość facetów lubi kobiety 4 lata młodsze, ale doskonale rozumiem, że dla Doroty dziesięć lat może być tym optimum.

Jej idealny facet powinien być ambitny. 
W sumie dość przyziemny punkt, bo każdy powinien stawiać na ciągły rozwój. Wielokrotnie mówiłem to nie tylko swoim kobietom, ale też znajomym, że nie ma co tracić czasu, bo nie ważne co robisz ważne, żebyś robił/a to w jakimś celu. Jeśli blogujesz pisz coraz lepiej, coraz więcej. Jeśli gdzieś pracujesz rób to coraz solidniej, próbuj skakać po drabince kariery, mierz wysoko, bo tylko w ten sposób cel możesz osiągnąć. Zawsze mówię, że lepsze jest mierzenie w dziesiąte piętro i lądowanie na ósmym, niż siedzenie na pierwszym i patrzenie narzekając ile to jeszcze szczebli mamy po drodze. Progres.

Przedsiębiorczość. 
Tu Dorota trochę przegięła, chociaż nie ukrywajmy, jest ładna i może celować wysoko. Natomiast klasyfikowanie osoby jako nieudacznika tylko po tym, że pracuje dla kogoś jest dość słabe, no ale tak jak mówiłem to tylko jej punkt widzenia. Ja bym tu uznał, że przedsiębiorczość jest ważna. Ja np nie pozwalam sobie na to, żebym w kolejnym roku życia zarabiał mniej lub tyle samo co w poprzednim. Póki co się udaje i czerpię z tego dość sporą radość. Tzn nie zrozumcie mnie źle, kasa nie jest celem samym w sobie, chodzi tu bardziej o pokazanie sobie, że mogę więcej, lepiej. I jeśli to wychodzi to nie ma lepszego motoru napędowego. Z kolei nigdy nie wymagałem tego, aby kobieta miała nie wiadomo jaki zawód czy status finansowy. Do wszystkiego można dojść wspólnie, a tak jak wspominałem nie uważam, żeby to kobieta była odpowiedzialna za stan finansowy w związku.

"Facet musi zarabiać". 
Ten punkt trochę pominę, bo Polska jest krajem, gdzie średnia krajowa to odległy temat dla pewnie 80% ludzi i dość nietrafnym jest stwierdzenie, że facet zarabiający mniej niż średnia krajowa to nieudacznik. Obecnie średnia krajowa wynosi 4214 brutto. Ilu z waszych znajomych tyle ma? Jeden znajomy powiedział mi ostatnio "Trójka na rękę to zdecydowanie za mało, każdy powinien mieć piątkę". Też uważam, że każdy powinien mieć piątkę, ale przy trójce z głodu nie umieram, on też nie, więc uznam, że faktycznie te 4214 brutto pewnie gwarantuje bezpieczne życie bez bezsensownych zmartwień o pieniądze. Wiadomo, takiej Dorocie nie wystarczy, bo jeszcze ze dwa takie filmy i tyle to ona będzie miała z reklam na YouTubie. Jak więc jej facet miałby zarabiać mniej? Chociaż jak napisała Segritta po czasie Dorota będzie zarabiała tyle, że powinno być jej bez znaczenia ile zarabia jej facet, bo wypłata ich obojga będzie znacznie przewyższała potrzeby finansowe. I tysiąc czy dwa w jakąkolwiek stronę nie powinien robić im różnicy. A już w ogóle stanowić o szacunku do drugiej osoby (to już dop. ja).

Facet musi być dobrze wychowany. I nie być feministą. 
W sumie to nie rozumiem większości założeń feministycznych, więc też nie mógłbym z jakąś femi być, więc i dobrze się składa, że taki punkt padł. Facet często (wiadomo, są wyjątki) ma swoje obowiązki, a kobieta swoje. Z naruszania tych płaszczyzn najczęściej nic dobrego nie wynika. Koleżanka z pracy powiedziała mi ostatnio, że to facet powinien być decydującym w związku, kierować finansami, brać zdanie kobiety pod uwagę, ale decydować. Bo kobiety często kierują się emocjami, a facet podejdzie do tematu racjonalnie. Spodobało mi się to niesamowicie, bo zawsze uważałem, że to facet powinien brać odpowiedzialność za związek. A jak ma brać odpowiedzialność, jeśli w rozumieniu niektórych kobiet nie ma być decydentem? To tak jakby prezes firmy ryzykował głową każdą decyzję, ale decyzje za niego podejmowałaby rada nadzorcza, a nie on sam. Nie wyobrażam sobie sytuacji w której to kobieta miałaby kierować moimi finansami, większość z Was dziewczyny pewnie zaprotestuje, ale to temu, że po prostu słabo/w ogóle, mnie nie znacie. Już jako 5 latek znacznie powiększałem ilość pieniędzy w Eurobiznesie. Potem było już tylko lepiej.

Inteligencja. 
Tu poleciała grubo, bo stwierdziła, że facet będący na tym samym poziomie intelektualnym co ona byłby... głupi. Świadczy to dość słabo, ale coś jest na rzeczy. Spotkałem w życiu dość sporo dziewczyn, które podobały mi się wizualnie, ale wystarczyło 5 minut rozmowy żeby zrozumieć, że nie tędy droga. I nie rozmawialiśmy o związku biografii Mickiewicza z jego tekstami, tylko o pracy, pogodzie czy zainteresowaniach. Czasami po kilku złożonych zdaniach jest się w stanie kogoś ocenić. Wiadomo, potrzeby są różne, wymagania również. Lubię, gdy kobieta umie się wypowiedzieć na ciekawe tematy, gdy ma zdanie na najbardziej aktualne sprawy. Gdy nie zamyka się tylko w temacie swojej pracy, jakiegoś pojedynczego hobby i mając klapki na oczach nie widzi nic więcej. Ja na przykład czytam stosunkowo mało książek, ale nie przeszkadza mi to w doinformowaniu się kto dostał ostatnią nagrodę Nike (nie, nie tę dla sportowców) czy kto wygrał Golden Bowl pomimo tego, że w życiu nie obejrzałem całego meczu futbolu amerykańskiego, bo zwyczajnie mnie nudzi. A jak już kobieta nie gra w gry, a wie jaki wynik na ostatnim turnieju osiągnął zespół Virtus.Pro to mógłbym się jej oświadczyć (chociaż nie planuję ślubu uważając to za dość zbędną formalizację czegoś, co może doskonale funkcjonować bez formalizacji).

Facet musi być męski. 
Wow. Tzn punkt spoko, ale argumentacja jak na panią psycholog poniżej pasa. Znaczy jakby męskość klasyfikowała wielkością poniżej pasa to byłoby dobrze, ale nie. Pokusiła się o stwierdzenie, że męski facet to taki, który nie obrazi się, jak mu powie, że jest głupi. Serio? Podejrzewam, że to taki cios w stronę któregoś jej byłego, który ją zostawił po takim zdaniu. Inaczej tego zrozumieć się nie da. Dalej jest jeszcze lepiej. Męski facet to taki, który jak dostanie od kogoś cios to odda. Ja w pewnym sensie rozumiem kult siły i nigdy w sytuacji podbramkowej nie cofnąłbym ręki, ale to chyba nie świadczy o męskości. Wg mnie męski facet to taki, który jest w stanie wziąć na siebie odpowiedzialność za cały związek. Rozwiązać wszystkie problemy, zaplanować życie i ciągnąć ten wózek. Męski facet to taki, który ma swoje zdanie i nie jest pantoflarzem. Wielokrotnie spotkałem znajomych z żonami na zakupach, którzy po kilku sekundach rozmowy i nerwowych spojrzeniach żony żegnali się tłumacząc, że przed nimi jeszcze długie zakupy i nie mają czasu na te kilka minut rozmowy po przypadkowym spotkaniu. Nigdy nie upadnę tak nisko. Serio. Jak upadnę to wklejcie mi ten tekst. A wezmę rozwód (uprzednio nie biorąc ślubu, o czym pisałem wyżej).

Wygląd. 
Tu najzabawniej chyba. Generalnie o ile chciałaby żeby facet był metroseksualny, wysportowany, ładny o tyle... jest jej wszystko jedno jak będzie wyglądał. Ciekawe podejścia zwłaszcza, że na pierwszych trzech randkach ocenia się głównie wygląd i podstawowe kwestia poglądowe. Nie oszukujmy się - jeśli ktoś mówi, że nie patrzy w związku na wygląd to kłamie. Jakimś cudem wybrał partnera/partnerkę, więc biorąc pod uwagę to, że obojętne jej jak będzie wyglądać jej facet to połowa 40 latków spełnia jej wymagania. A to raczej niezbyt wysoko postawiona poprzeczka, a ostrzegała na początku, że będzie trudno. Ja uwielbiam kolor jej szminki, a raczej kolory, bo w wielu filmikach używa świetnych odcieni różu,ale czy to podstawa żeby się zakochać? Niewielka.


W jej wyliczance podobało mi się jak widzicie wiele. Zauważam tam tylko jeden problem. Dorota chce być w swoim związku: biedniejsza, głupsza, gorzej obyta życiowo, z mniejszym doświadczeniem, mniej ambitna, gorzej wychowana. Czym więc oprócz ładnej buzi i wysportowanego tyłka chce skusić faceta? W jej rozumieniu ON ma cały czas tkwić w związku, w którym się nie rozwija! Pozostawiam pod rozwagę i zapraszam częściej. Znacznie częściej, bo listopad będzie dla mnie miesiącem o być lub nie być. Postanowiłem poświęcić Wam maksymalną ilość czasu. Pisać o sprawach ważnych, mniej ważnych, wrzucić nieco recenzji, ale też tekstów typowo lifestylowych. Czas pokaże co odbierzecie lepiej, co gorzej, a o czym nie pisać wcale... Nie no, nie czas pokaże tylko ja sam sobie.
Pozdrawiam.

PS. Zdałem sobie sprawę, że nie poruszyła najważniejszej w moim odczuciu sprawy. Przynajmniej dla mnie i większości facetów i kobiet. Większość dziewczyn w swoim "topie wymagań" wymienia dowcipność i uśmiech. Mi "micha" nie przestaje się cieszyć, bo niezależnie od sytuacji lubię do wszystkiego podchodzić z humorem. Nie wyobrażam sobie kobiety, która nie cieszyłaby się wszystkim i nie umiała wszystkiego obrócić w żart. Bo życie to swego rodzaju żart. Łapcie filmik do oryginalnej wypowiedzi. Ze względu na jej szminkę, użyjcie jej dziewczyny.


poniedziałek, 26 października 2015

Otwarcie Burger kinga w Bielsku-Białej. Relacja z ekscesów.



Z ekscesów albo ich braku. Możecie już przewinąć ten tekst. Serio. Znaczy Ci, którzy spodziewali się, że ludzie wyrywali sobie burgery spod twarzy, a inni wpychając się w kolejkę łamali stoły, a reszta biegła na schody pod prąd. Bielsko-Biała to nie Łódź. Stety. Ale po kolei.

Razem z Szymkiem wybraliśmy się na otwarcie. Nie z potrzeby zjedzenia darmowego burgera za 4,95, ale z czystej ciekawości jak to będzie wyglądało. W tym celu wstałem o nienormalnej porze 8,30 co było sporym, jak na blogera, obciążeniem organizmu. Nie lubię wcześnie wstawać i każdy kto mnie zna wie, że nie ma co do mnie dzwonić przed 10tą. Telefon wyciszony z wyłączonymi nawet wibracjami, udaremniający przerywanie mojego odpoczynku komukolwiek. Jak to mówi Kominek: jeśli ktoś umarł przed tą porą to mu nie pomogę. Jeśli zachorował, to do dziesiątej nadal będzie chory, zatem nie ma żadnej sytuacji w której trzeba wstawać wcześniej. Z wyjątkiem otwierania się nowych miejsc w mieście. No więc po uprzednim wyjściu z łóżka i wypiciu kawy mogliśmy wsiąść w auto i dojechać do Sfery2. A tam... dziwne. Kolejka na jakieś 80 osób. Nawet mnie to zaskoczyło, bo spodziewałem się jakiś 200. Na 100 burgerów, czyli bijatyki, przepychanek i ekscesów rodem z Łodzi czy Radomia (dawniej). Ale nie. Tutaj kulturalnie, kolejka, uśmiechy, czekanie, wspólne rozmowy w kolejce.


Irytowały mnie tylko dwie rzeczy. Pierwsza? Organizacja. Wiadomo - dają 100 burgerów na otwarcie, więc będzie 100 osób na bank. To taki pewnik. Czemu więc NIKT nie wpadł na pomysł, żeby zrobić to taśmowo? W sensie wiecie, na bank nikt w Burger kingu na zapleczu nie spał, ale można to ogarnąć chwilę wcześniej - otwarcie o 9, zrobić na 8,50 dość dużo burgerów, zaraz po otwarciu dać ile się tylko da. Mój i tak był na tyle letni, że chciałem go zwrócić, ale po 40 minutach stania byłem dość mocno głodny, więc nie chciało mi się czekać na kolejnego.


Druga rzecz? W połowie zrobili drugą kolejkę. I trzecią. I tym sposobem na początku byliśmy w kolejce na jakimś 80tym miejscu, a przy kasie jakoś na 101. Była konsternacja czy mają nam dać darmowe burgery czy nie i ostatecznie wzięliśmy  po Big Kingu. Wcześniej razem z zaproszeniem na otwarcie dostałem kupony na nie, więc tak i tak było za darmo. Dodatkowo Pani w kasie dorzuciła darmową Colę, więc niejako wyszliśmy na swoje. Fajnie zachowała się też po czasie dyrekcja Burger kinga. Za nami w kolejce było jeszcze z 50 osób. Docenili ich i po jakimś czasie rozkmin... im też dali darmowe Whoopery Jr. Fajnie, bo mogli powiedzieć, że 100 i koniec, a 50 osób poszłoby do domu wkurzone, że stali 30minut w kolejce za nic. A tak zjedli i pewnie wpadną znów.


Fotki z otwarcia wrzuciłem wcześniej na instagram. Śledzący mnie tam mieli więc relację szybciej. Nie żebym namawiał do obserwacji, bo dzieje się tam jeszcze stosunkowo niewiele, ale jak tylko zmienię telefon to ruszam pełną parą. Burgery, że tak powiem pomimo niskiej temperatury bardzo mocne. Od zawsze uważam Burger Kinga nie za typowy fast food, ale za coś lepszego. Wiecie, samo mięso jest o niebo lepsze, niż u konkurencji. Tak samo składniki. Cebula posiekana na grubo, spora porcja sałaty - powyżej macie fotkę. Specjalnie ugryzłem żeby było widać pełny przekrój (mogłem to jakoś rozciąć etc, ale sry, głód robi swoje xd).


Na pewno jeszcze wpadnę do Burger Kinga. Jest w ścisłym centrum, w Sferze 2 na 2 piętrze. Niemal na wejściu, więc nie sposób nie wpaść tam przy okazji shoppingu czy chodzeniu po mieście.



Tak jak obiecałem, po czasie wróciłem do Burger Kinga. Tym razem było o niebo lepiej. Zamówiłem Whopper Texas BBQ. W tej kanapce zdecydowanie urzekło mnie to, czego nie mogłem znaleźć nigdzie indziej. W każdym miejscu na świecie do hot-dogów dają prażoną cebulkę, natomiast nie spotkałem jeszcze nigdzie miejsca, gdzie dawaliby takową do hamburgera. Aż do kolejnej wizyty w Burger kingu. Świetne przełamanie lekkości burgera (bo generalnie i bułka i składniki były miękkie) z tym smakiem cebulki. Kapitalne. Kolega polecał jeszcze Crispy Chickena i możecie być pewni, że niedługo po niego wpadnę, bo uwielbiam kurczaka w chrupiących panierkach.

wtorek, 20 października 2015

Zabronione? Wchodzę! Jem wszystko na co mam ochotę. Otwarcie Burger Kinga w Bielsku-Białej.




Trochę czasu minęło od zakazu, jaki politycy nałożyli na młodzież. Nasi ustawodawcy poczuli się na tyle pewnie, że doszli do punktu, w którym bezpośrednio chcą ingerować w nasze życie. Co następne? Zakaz sprzedaży jedzenia osobom z nadwagą? Zakaz seksu po 22? Wycofanie ze sprzedaży gumek? No mniejsza, ale fajną inicjatywą popisali się Bielscy KORWiNiści, a mianowicie podczas przerwy rozdawali pod mechanikiem drożdżówki. Daleko mi od agitacji czy popierania jakiejkolwiek partii. To znaczy nie zrozumcie mnie źle, darzę sympatią jakieś tam ugrupowania, ale daleki jestem od tego, żeby przedstawiać je na tydzień przed wyborami. Róbcie co chcecie i co uważacie za słuszne. Natomiast pomysł z rozdaniem 100 drożdżówek, które dzieciaki zdążyły zabrać w ciągu pięciu dni natchnął mnie do napisania tekstu, a to chyba najważniejsze.

Zastanówmy się nad jednym. Czy ktokolwiek ma nam prawo nakazywać, bądź zakazywać jedzenia czegokolwiek? Znaczy wiadomo, jak tata Was spierze paskiem, bo jedliście grzybki halucypki to się nie zdziwię, ale dla mnie pewnego rodzaju kuriozalną sytuacją jest taka, w której ktoś mi mówi co jest dobre, a co złe. Przykładów znalazłbym całe mnóstwo. Lubię hamburgery (o tym później), a często ludzie wypominają mi, że to puste jedzenie i żebym tego nie ruszał. A niby dlaczego? Nie każdy musi jeść ryż z kurczakiem i zapijać to 2 litrami wody. Ponoć tak byłoby najlepiej dla organizmu, ale... czy dla każdego? Znam masę dziewczyn, które jedzą przykładowo batona i jedną bułkę dziennie. Albo zupę i bułkę. Tyle. To nie był skład jednego posiłku, tylko cała racja żywnościowa na dzień. Nie, nie chodzi o brak kasy, nie chodzi też o anoreksję. Po prostu tyle im wystarczy.


Niektórzy ludzie np nie tolerują cukru. Ja np słodzę 1 łyżkę do kawy, nie jem zbyt wielu słodyczy (za wyjątkiem czekolady, która jednak jest uzależniająca, więc to nie typowe słodycze, a zwykła potrzeba zaspokojenia głodu, a przynajmniej tak to sobie tłumaczę), ale za to... piję sporo Coca-Coli. Wiadomo, w butelce Coli będzie z 20 łyżek cukru. I szczerze? Mało mnie to obchodzi, piję co lubię i to co mi smakuje. Brzydzę się np takimi typowymi oranżadami gazowanymi. Nie pamiętam ile lat temu coś takiego piłem, natomiast... gdy wpadła mi w ręce dawno temu różowa Grappa to wypiłem 1,5 litra w 2h. Smakowała mi, aczkolwiek już do niej nie wróciłem. Przykład może uświadomić, że chodzi o zwykłe kwestie smakowe, nie problem z piciem czy jedzeniem czegokolwiek.

Masa ludzi mówi też mi, żebym nie pił energetyków. To taka moja druga miłość (tylko nie mogę dojść do tego co jest pierwszą ;) ). Problem w tym, że kto by mnie nie widział z energetykiem od razu wtrąca swoje "To jest niezdrowe!", "umrzesz na serce", "jak to śmierdzi" etc. W kwestii zdrowia to się nie wypowiadam, bo po prostu lubię energetyki, więc mało mnie to obchodzi. Czy palacz zastanawia się nad tym czy się truje? Nie. Lubi palić, więc pali, proste dość. Gdybym miał umrzeć na serce, to już dawno by mnie tu nie było. W dzieciństwie miałem problem ze szmerami, chodziłem na jakieś tam EKG, brałem tabsy i generalnie problem zniknął. Czy na stałe? Pojęcia nie mam, nie lubię chodzić do lekarzy, jak pewnie większość facetów, ale jak byłem z 2 lata temu to mówili, że jest całkiem spoko. A czy energetyki śmierdzą? Ja np ten zapach mega lubię, kwestia przyzwyczajenia. Nie lubię zapachu wódki, ale fotki z ostatniego weekendu krążą gdzieś po Instagramie, więc nie wyprę się, że jej nie piję. ;)

Z ludźmi krytykującymi moje jedzenie kojarzą mi się Jehowi. Spotkałem na swoich drogach kilku i zwykle mówią, że niby Twoje poglądy są spoko, ale jednak jego lepsze i powinieneś zmienić praktycznie... wszystko. To tak jak z ludźmi vege. Lubię ich do momentu w którym ktoś rzuci coś o szkodliwości mięsa, smutnej krowie czy masowych hodowlach. Jedź swoje, a ja swoje. Możemy pogadać o wszystkim, omińmy jeden temat i kochajmy się dalej. ;)



A temat jedzenia poruszyłem też przez inną sprawę, zapowiadaną już na fanpage. W Bielsku otwierają Burger Kinga. Wiadomo było o tym od pół roku, bo kartka wisiała i z wszystkich stron ludzie mi o tym przypominali, natomiast... to się w końcu urzeczywistnia! 22 października czyli już za 2 dni o 9 rano wielkie otwarcie. Dlaczego wielkie? Ano dlatego, że pierwsze 100 osób dostanie po Whopperze! Znaczy po Whopperze Jr, ale kto by tam patrzył na detale. Jest za darmo, jest otwarcie czegoś, na co czekało pół miasta (Łódź też kiedyś nie miała, a efekty odbiły się szeroko w internetach). Bielsko to nie Łódź, ale w sumie też mamy schody pod prąd, więc w razie czego będę kręcił. Na otwarciu Pizza hut nie było co kręcić w sumie, ale tam pizz było 500. Chętnych na wejściu było mniej więcej 150, więc za dwa dni czeka nas  walka xd Aaaa i uprzedzając: Mówcie że tuczy, mówcie że niezdrowe. Nie obchodzi mnie to. Każdy je co lubi. Czasami jem kotlety sojowe z sałatką z selera. A czasami jem burgery. Jem to co lubię, oczywiście z umiarem żeby trzymać wagę, bo najlepsza dieta to taka, na której jesz co lubisz, ale jesz tego tyle, żeby nie przytyć. Jak wrócę napiszę relację z otwarcia.

Reasumując: Widzimy się w czwartek o 9 rano w Sferze 2 w Bielsku-Białej.


niedziela, 11 października 2015

Typy klientów sklepów. Z doświadczenia :)


Jak większość z Was (tak z dużej, bo Was lubię), wie pracuję znaczną część życia na marketach. Marketach różnego rodzaju. Od spożywki, poprzez sklepy diy (do it youself) po branżę agd/electro. Generalnie spotykam się z całą masą klientów, jednak da się ich w dość łatwy sposób uporządkować. Zrobię to dziś dla Was, bo miesiąc nie mogłem się zabrać za tekst i momentami mi aż głupio, bo codziennie bloga odwiedza dość sporo osób, które jednak odbijają się od pustych linijek. No cóż, nadrobimy.

A tymczasem...


1. Apacze.

Spotkał ich każdy, na każdym sklepie. Najbardziej znienawidzona grupa. Mają milion pytań, oglądają milion sztuk czegokolwiek. Wydają się konkretnymi klientami. Po dwóch godzinach obsługiwania dowiadujesz się, że córka miała ich odebrać z marketu, ale musiała jechać wcześniej po dziecko, więc weszli coś pooglądać. Albo mieli godzinę do autobusu, a akurat nie byli głodni, więc wpadli pogadać o pralce. Tyle, że swoją kupili 2 miesiące temu. Nie zaszkodzi zabrać trochę czasu sprzedawcy i pogadać o nowej. Na wypadek jakby się zepsuła... za 10 lat.


2. Wkurwieni.

O, tych nie lubię najbardziej. Żona im nie dała poprzedniego dnia, szef zwyzywał, a sąsiad popchnął na klatce schodowej po wczorajszej libacji. Gdzie by się tu wyżyć? Wiadomka. Pójdą gdzieś, gdzie musisz być miły, bo taki delikwent pójdzie do ochrony, albo kierownika. Albo dyrektora. Bo w końcu to, że nazwał sprzedawcę ch&^%m nie powinno powodować niemiłej odpowiedzi ze strony sprzedawcy. Cóż, powinno. Wiecie, możecie się starać, odpowiadać na setki pytań, ale zwykle i tak powiedzą, że jest się niekompetentnym i czemu tu się tu w ogóle pracuje. Gość po prostu chciał sprawdzić czy ktoś zareaguje tak samo jak on, gdy to samo mówił mu szef w pracy.



3. Eksperci.

To Ci dopiero grupa. Uwielbiam. Zwykle poznasz po tym, że nim zadadzą pytanie niemal sami na nie odpowiadają. Gdzieś trzeba popisać się wiedzą, ale linie do "1 z 10" były przeciążone. Zwykle pytania są głupie i nie mają związku z produktem. Ekspert natomiast przeczytał coś, czym można zabłysnąć przed partnerką. Albo powiedział mu to Marian przy wódce. Musi to więc być potwierdzone info.


4. Kumple.

Kumple to taka łagodniejsza grupa. Od początku skracanie kontaktu. Nie podejdzie aby zapytać o produkt... on od razu się przedstawi, poda rękę, odpowie na "Ty". Nie trudno odgadnąć motyw. Po 10 minutowej rozmowie o produkcie, ale przy okazji o jego pracy czy żonie zapyta o rabat. Ale nie o rabat. Zapyta o RABAT! Taki przez wielkie "R". Dla znajomych, przyjaciół czy rodziny. Bez tłumaczeń, że nie mamy takiego. On chce, przecież jest naszym przyjacielem. Nawet na wódkę zaprosi, nie zostawiając numeru kontaktowego.


5. Łowcy okazji.

Coś jak kumple, ale oni nie szukają pretekstu żeby pogadać o kasie. Dla nich to jest punkt wejścia. Zamiast "dzień dobry" usłyszymy "co jest w promocji i o ile możemy jeszcze zjechać z ceny". Plus wszystkie dodatkowe opcje w cenie oczywiście? Bo w sklepie u Józka było. On to generalnie dopłaca do zakupu. Wy nie? Dziwne.



6. Niezdecydowani.

Grupa najbardziej kradnąca czas. Potrafią być gorsi od Apaczy. Dlaczego? Ano dlatego, że oni nie mają kilku pytań zbijających czas. Oni mają MILION pytań. Zwykle o tą samą rzecz! Postawmy obok siebie dwie identyczne pralki i niezdecydowanego. Mamy godzinę z głowy. Znajdzie różnice. A potem się będzie zastanawiał która lepsza. SERIO. Nawet jeśli jedna będzie miała białe przyciski, a druga kremowe. Bo ma w łazience białe drzwi, ale kremowe kafelki.  I moje ulubione pytanie "którą by Pan wybrał"? Serio?


7. Zabiegani.

Wybraliby coś, ale nie maja czasu. Przeciwieństwo Apaczy. Niby mają sto pytań, ale cały czas biegają podczas rozmowy. Odbierają telefon od Andrzeja, który już czeka w drewutni, aby obalić pół litra  zrobić deal na sto milionów. Mamy więc nasze "pięć minut". Albo on to kupi tu, albo gdzie indziej. Presja czasu. Zabiegani liczą na błąd. A błąd to rabat. Wiecie.


8. Zwykli klienci.

Tych jest najmniej. Serio. Nie ma takich typowych, którzy przyjdą, wybiorą coś, po czym zadadzą ze dwa czy trzy pytania utwierdzające ich w tym naturalnym dla nich wyborze, po czym wyjdą z rzeczą której szukali.


Komplikacje to nieodłączny proces pracy z ludźmi. Nie wyobrażam sobie jednak pracy bez ludzi. Znaczy tutaj mam Was nieco w innej formie, jednak doceniam niesamowicie. Moglibyście więcej pisać, ale jak ja to mówię, nie można mieć wszystkiego. ;)

Jakaś część z Was zapewne pracuje w handlu. Jakie jeszcze typy klientów spotkaliście?

PS. Założyłem w końcu konto na Instagramie. Będzie bardziej prywatny niż blog, ale co jakiś czas coś z niego dla Was wrzucę. Dlaczego nie. W końcu znacie mnie dłużej, niż oni. Dychotomia my-oni zawsze spoko. #teamtestandwrite


środa, 9 września 2015

Szukanie dziewczyny, czyli... do czego ludzie są zdolni, aby znaleźć miłość



Wiecie trochę o mnie, więc wiecie też, że jestem po filologii polskiej na specjalności medialnej. Wiadomo, od lat i bez studiów interesowałem się reality show, ale obecność na studiach dała mi na to inne spojrzenie. Już z czasów Big Brothera mocno zachwyciła mnie konstrukcja programu, w którym podgląda się zachowanie ludzkie. Bliżej mi było wtedy do socjologii, bo zastanawiałem się bardziej nad tym co może zrobić człowiek zamknięty w jakiejś roli, a jednocześnie zamknięty w domu i w formułę programu. Obecnie obserwuję głównie te kreacje. Postawy, sposób pokazania tych ludzi w ten, a nie inny sposób. Te programy to nie tylko gra o zwycięstwo, bo ono zwykle niewiele daje. To gra przede wszystkim o siebie. Wielokrotnie osoby, które w programach nie były nikim ważnym potem odnosiły medialny sukces.


Moja koleżanka pisze pracę o erze programów rozrywkowym po Big Brotherze. Szczerze propsuję i zazdroszczę, bo to temat bardzo pociągający. Ktoś kto oglądał jacuzzi w wykonaniu Frytki i Kena nie przejdzie obojętnie koło lecącego właśnie programu rozrywkowego. A co dało to samym uczestnikom? Frytka do dziś pracuje jako prezenterka, wybiła się i pomimo, że prowadzi głównie jakieś niszowe programy w których czyta gazety i opowiada o ploteczkach to jest to niewątpliwy sukces kogoś, kto nie miał ani predyspozycji, ani wykształcenia w tym kierunku. Kenowi dało to lokalną sławę - nie ma w Kętach bywalca barów (albo baru, bo nie wiem ile ich tam w Kętach jest), który nie miałby okazji wychylić jednego z Kenem. No cóż, każdy pożytkuje swoją szansę inaczej. Jednak najważniejsza w temacie Big Brothera jest... miłość. To ona napędzała program. Frytka z Kenem, do tego związek Karoliny z Grześkiem. Może mniej burzliwy, ale przetrwał program i kilka dni po. Pokazało to taką rzecz na którą wtedy nikt nie zwracał uwagi. Ludzie nie chcą oglądać ludzi na ekranie. Chcą seksu, potu, krwi i łez. Big Brother rozpoczął, a kolejne programy dają coraz więcej.


Obecnie na ekranie TVNu możemy trafić na drugą edycję "Kto poślubi mojego syna". Uczestnicy nie mogą może liczyć na sławę pokroju Dody z pierwszego Baru, ale walczą o życie medialne. Jakie? Już w pierwszej edycji było wiadomo, że większość z nich kręci się w pobliżu świata mediów. Większość dziewczyn (chociaż patrząc na niektóre zrozumieć nie mogę) jest modelkami. Artur pracował już nawet przy kilku produkcjach TVNu typu "Kocham Enter". Wychodziło by na to, że albo nikt tam żony nie szukał albo poszły tam osoby chętne na chwilową sławę, a które przy okazji mogą znaleźć kogoś. Niekoniecznie w programie, bo przecież patrząc na inny program - "Rolnik szuka żony", to Adam, któremu w programie dobrano, no, nie obrażając "dość mocno przeciętne" dziewczyny po programie złapał pułap jego możliwości. I to mocny pułap. Ale o tym potem.

Takie programy są kapitalne, bo pomimo, że mam już swoje lata, to nigdy nie wpadłbym na pomysł konsultacji mojego życia intymnego z mamą. Serio. Fajnie natomiast oglądało się wczoraj (bo oglądałem na necie, nie dałbym rady przeżyć 4 reklam podczas 40minutowego programu), gdy strongman ważący dobre 120 kilo pytał dziewczynę o znaki zodiaku, a potem konsultował z mamą czy to dobrze. Sam pewnie niespecjalnie pamiętał swój. Zresztą nic dziwnego. Ja np. w astrologię nie wierzę. Można wierzyć w siebie i to czego chce się dokonać, ale żeby uzależniać życie od tego, że jest się strzelcem? Miejsce w którym się rodzicie jest mocno przypadkowe, czas również. Nie wpływają na nic. Znaczy miejsce może na zasób portfela, ale na nic więcej.








Rolnik szuka żony też zapowiada się genialnie. Genialnie, bo większość dziewczyn tam idących nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wygląda praca na wsi. Można pisać setki zdań o tym jak wieś nie przyśpieszyła, jaka jest zmechanizowana i zmotoryzowana. Mnie to nie rusza. Wieś to wieś. Nie przeprowadziłbym się na nią. No chyba, że taką nowoczesną. Bielska Straconka to też prawie wieś - wiecie, domy, pola, ale jednak do miasta jedzie 11tka jakieś 3razy na godzinę, a autem jest stamtąd niewiele dalej niż ode mnie. Tyle, że tam nie ma hektarów zboża, rzepaku i baranów. Lubię barany, ale głaskać, nie zarzynać. Nie żebym był vege, ale wiecie - niech to robią Ci, którzy lubią taką pracę. Ja lubię mięso, inni pralki które sprzedaję i niech każdy robi swoje. 


Ciągnąc początkowy wątek telewizja daje nam coraz większy udział w życiu uczestników reality show. Kiedyś na uczelni poruszyłem temat Warsaw Shore. Większość była oburzona. "Co oni tam nie robią", "jak można na to patrzeć". Prawda jest taka, że nie robią niczego co nie dzieje się na każdej typowej imprezie. Część waszych znajomych całowało się na imprezie, podrywało dziewczyny niemal na ilość, a nie jakość i bywało w kilku sypialniach niekoniecznie w dużym odstępie czasowym. I to, że się tym nie chwalili nie oznacza, że naprawdę ich nie znacie. (Potrójne zaprzeczenie, "dajcie łapkę w górę".) Oznacza to tylko tyle, że nie znacie tej jednej z wielu ich ról. Uczestnicy Warsaw Shore na co dzień mogą być aniołami. Weszli w rolę, formułę i dalej już poszło.

Let's get party. Bo po nas zostaną tylko fotki. I kilka wspomnień.


PS. Chyba na fotkach na profilu prywatnym musiałem wyjść na zbyt zarośniętego, bo przyszedł mi balsam po goleniu. Wykorzystam niedługo, bo jeszcze wezmą mnie za imigranta... :/

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Archiwalne posty